Ateista o Bogu - rozmowa z filozofem Alainem de Bottonem
Ateista, który broni Boga
Aleksandra Kaniewska: W swojej najnowszej książce „Religion for atheists” twierdzi Pan, że ateiści mogą się wiele nauczyć od wierzących, bo religia zaspokaja ludzką potrzebę kontaktu, rytuału i transcendencji. Czy to nie hipokryzja: namawia Pan, żeby praktykować wiarę, ale bez Boga?
Alain de Botton: Nie jestem hipokrytą. W tej książce przyznaję po prostu, że niemożliwa jest dla mnie wiara w Boga. Tak jak i dla wielu ateistów. A jednocześnie chcę zasugerować, że jeśli całkowicie usuniemy wiarę z życia ludzi, nie zastępując jej innym systemem wartości, narażamy się na szereg pułapek i niebezpieczeństw. Człowiek nie musi koniecznie w nie wpaść, ale one istnieją i powinniśmy być ich świadomi.
Jakie więc są te pułapki w życiu ateisty?
Po pierwsze, to zagrożenie nadmiernego indywidualizmu, który stawia człowieka w samym centrum jego wszechświata. Po drugie, istnieje niebezpieczeństwo, że ludzie mogą popaść w technologiczny perfekcjonizm, w taką butną pewność, że nauka i technologia są rozwiązaniem ich wszystkich problemów. Że jeszcze chwila i naukowcy wyleczą nas z samego bólu istnienia. Po trzecie, bez Boga, i mówię tu o Bogu pisanym dużą literą, łatwiej jest stracić dystans do historii, bo myśli się wtedy, że nasz czas współczesny jest absolutnie wszystkim, co mamy. Łatwiej też zapomnieć o ulotności dnia dzisiejszego i przestać cenić własne, drobne osiągnięcia. Co więcej, bez Boga ludzie mają tendencje do przeoczenia wagi i potrzeby empatii oraz etycznych działań.
To ciekawe. Mówi Pan jak osoba głęboko wierząca.
Ale nią nie jestem! Można przecież nie wierzyć w życiu w absolutnie nic, a wciąż być dobrym człowiekiem i żyć według moralnego kompasu. Tak samo jak można być osobą mocno religijną i jednocześnie potworem. W mojej książce o religii dla ateistów chodzi tak naprawdę o to, żebyśmy przyjrzeli się esencji tego, czego człowiek niereligijny pozbywa się ze swojego życia, kiedy wybiera drogę bez Boga. Postuluję więc – choć może Pani pomyśli, że to paradoks – żeby można było zanegować istnienie Boga, wciąż żywiąc dla niego (albo idei, jaką wyraża) szacunek, nostalgię i uwagę. Kultywujmy te dobre cechy, z którymi powiązana jest wiara, m.in. miłość, współczucie, dystans do dóbr materialnych.
A ludzie niewierzący nie znają i nie praktykują tych cech?
Ja wcale nie zaprzeczam, że społeczeństwa świeckie mają ogrom wartości, które mogą być jednocześnie sekularne i dobre. To miłość rodzinna, życzliwość wobec nieznajomych, uczciwość, sprawiedliwość, równość polityczna czy troska o otaczające nas środowisko. Problemem nie jest to, że w świeckim świecie brakuje idei i wartości, ale mechanizmów, które pilnują człowieka, żeby tych wartości przestrzegał. I tu z pomocą przychodzi religia, która uczy, w jaki sposób sprawić, żeby idee przenikały do umysłu i miały siłę sprawczą.
Zdaje się, że wiele z tych wartości poznajemy w toku wychowania i socjalizacji, nie tylko w kościele.
Tak, w teorii wszyscy wiemy, że powinniśmy być dobrzy. Gorzej z praktyką. Bo w codziennym pędzie, pełnym pokus i rozkojarzeń, po prostu o tym zapominamy. Świat świeckich praktyk myśli, że wystarczy człowiekowi powiedzieć raz: bądź dobry, pomagaj słabszym. A ten nie tylko zapamięta, ale będzie się do tych założeń stosował. Ale religie się nie zgadzają, uważając, że ludziom należy przypominać o ich powinnościach – wiele razy, nawet codziennie. Do tego służy m.in. modlitwa, msze i kazania. I to działa.

