Odszedł Hans-Dietrich Genscher, były minister spraw zagranicznych Niemiec. Orędownik porozumienia z Polską
Traktat bez szampana
Zawsze podkreślałem rolę „Solidarności” – mówił Hans-Dietrich Genscher w rozmowie z Adamem Krzemińskim.
Hans-Dietrich Genscher
BEW/Ullstein

Hans-Dietrich Genscher

Genscher: wiadomość o upadku muru berlińskiego 9 listopada 1989 r. dotarła do nas w Warszawie
EAST NEWS

Genscher: wiadomość o upadku muru berlińskiego 9 listopada 1989 r. dotarła do nas w Warszawie

Budowa muru berlińskiego, 1961 r.
Wikipedia

Budowa muru berlińskiego, 1961 r.

Hans-Dietrich Genscher, wieloletni minister spraw zagranicznych Niemiec, wielki przyjaciel Polski, zmarł 31 marca 2016 roku w Bonn. Przypominamy wywiad, dotyczący kulisów zjednoczenia Niemiec i negocjacji z Polską, jakiego udzielił Adamowi Krzemińskiemu, dziennikarzowi POLITYKI. Rozmowa ukazała się 13 listopada 2010 roku.

*

Adam Krzemiński: – Pod traktatem z 14 listopada 1990 r., w którym zjednoczone Niemcy ostatecznie uznały granicę na Odrze i Nysie, widnieje pański podpis, a nie kanclerza Helmuta Kohla. Jako minister także w rządzie Willy’ego Brandta, który w grudniu 1970 r. ukląkł w Warszawie, stał się pan symbolem ciągłości niemieckiej polityki pojednania z nami.
Hans-Dietrich Genscher: – W listopadzie 1990 r. moim polskim partnerem był Krzysztof Skubiszewski, człowiek starej daty. W lot zrozumiał, o co mi chodzi, gdy przed wylotem do Warszawy prosiłem go, by ceremonia była skromna, bez szampana i toastów. Ten podpis składałem szczerze, dla dobra naszego sąsiedztwa i wspólnej przyszłości. Ale wdzięczny byłem polskiemu ministrowi, że uszanował mój nastrój. Moja żona także pochodzi ze Śląska…

A ja chciałbym panu podziękować, że niezmordowanie przypomina pan polski wkład w zjednoczenie Niemiec. Niektórzy o tym zapominają. „Spiegel” ogłosił niedawno, że Niemcy zjednoczyli się „sami przeciwko wszystkim”, bo sąsiedzi byli oporni.
Wiadomość o upadku muru berlińskiego 9 listopada 1989 r. dotarła do nas w Warszawie, w czasie oficjalnej kolacji z rządem Tadeusza Mazowieckiego. Nigdy nie zapomnę słów Bronisława Geremka, który powiedział mi, że to wielki dzień dla Niemców, ale i dla Polaków, bo otwarcie muru oznacza zjednoczenie Niemiec. Teraz – dodał – Polska będzie sąsiadować ze Wspólnotą Europejską i NATO.

Polska mogła wspierać tych w Paryżu i Londynie, którzy chcieli hamować zjednoczenie Niemiec. To niczego by nie zmieniło, ale zatrułoby nasze stosunki na lata. Na szczęście tego nie zrobiła.
Polskie elity solidarnościowe, ale nie tylko one, dobrze rozumiały, że NRD to jedno z dwóch ramion tych obcęgów, które ściskają Polskę. Dlatego zawsze w Niemczech powtarzałem: ten, kto podważa naszą wolę uznania granicy na Odrze i Nysie, jedynie wzmacnia NRD, bo pozwala jej występować w roli gwaranta polskiej granicy. Wtedy w Warszawie razem cieszyliśmy się, że mur upadł, nie tylko dla dobra Niemiec, ale i Polski. To był koniec tej władzy, którą Stalin narzucił Europie Środkowej. Również potem Warszawa ani przez moment nie próbowała blokować zjednoczenia Niemiec.

Dziś w Niemczech upadek muru berlińskiego jest niekiedy przedstawiany jako zwieńczenie niemieckiej rewolucji. Tymczasem to była chyba wspólna rewolucja, środkowoeuropejska?
Pierwsze bunty przeciwko władzy komunistycznej ograniczały się do poszczególnych krajów. 1953 r. – NRD. 1956 r. – Polska i Węgry. W 1968 r. Czechosłowacja. W 1980 r. Polska… Natomiast w 1989 r. doszło do wolnościowej rewolucji w całej Europie rządzonej przez komunistów. Dla nas ważne było to, że po raz pierwszy w XX w. Niemcy byli po stronie wolności.

W Polsce słychać niekiedy żal, że symbolem tej rewolucji jest upadek muru, a nie, dajmy na to, polski Okrągły Stół i wybory z 4 czerwca 1989 r.
Zawsze podkreślam rolę „Solidarności”. Natomiast trzeba też zdawać sobie sprawę, jakie znaczenie miał upadek muru. Po powstaniu w NRD 17 czerwca 1953 r. Brecht ironizował, że teraz partia powinna sobie wybrać inny naród. I budowa muru w 1961 r. była przejawem kapitulacji ustroju. Przyznaniem faktu, że ludzie – tak jak ja to zrobiłem – masowo uciekają z NRD. Ale mur jedynie spiętrzył problemy. I w 1989 r. rzeka wystąpiła z brzegów. Ludzie zaczęli masowo uciekać przez Węgry, naszą ambasadę w Pradze i – o czym nie wolno zapomnieć – w Warszawie. Krzysztof Skubiszewski od razu zapewnił mnie, że wprawdzie jest w delikatnej sytuacji, ale obywatele NRD nie zostaną deportowani, lecz znajdą schronienie pod skrzydłami Kościoła katolickiego. Niepodobna pomijać roli Solidarności i polskiego papieża w tej europejskiej rewolucji.

Od którego momentu zaczął pan patrzeć na Polskę jako na samodzielnego partnera, z którym można prowadzić wspólną politykę europejską, a nie – ze względu na podział Niemiec – jedynie jako na element niemieckiej polityki wschodniej wobec ZSRR?
Jako człowiek, który przez kilka lat mieszkał w radzieckiej strefie okupacyjnej i NRD, często sam zadawałem sobie to pytanie. Niemców i Polaków łączy wspólnota losu. Kilka razy rozmawiałem o tym z polskim papieżem. W czasie mojej pierwszej wizyty w Watykanie powiedziałem: „Pan jest zwierzchnikiem Kościoła katolickiego i Polakiem. Ja jestem Niemcem i liberalnym protestantem. Mimo to mamy coś wspólnego. Obaj chcemy wolności dla naszych krajów”.

Przy trzecim naszym spotkaniu papież powiedział: długo rozmyślałem nad pańskimi słowami; jest jeszcze coś, co nas łączy. My dwaj jesteśmy jedynymi ludźmi na znaczących stanowiskach w świecie zachodnim, którzy na własnej skórze poznali obie dyktatury – brunatną i czerwoną. Te nasze rozmowy były pełne harmonii. I pozwoliły mi lepiej zrozumieć Polskę.

Rozmawiał pan z wieloma decydentami z bloku wschodniego. Czy były między nimi różnice, czy wszyscy byli równo przystrzyżeni przez system radziecki?
Były między nimi ogromne różnice. Czeskie i polskie elity partyjne były dość podobne – bardzo środkowoeuropejskie. Węgrzy od początku byli bardziej swobodni w swych wypowiedziach. U Bułgarów można było wyczuć głęboką wdzięczność wobec Rosjan za ich wkład w wyzwolenie kraju od Turków w XIX w. Rumuni byli przypadkiem szczególnym. Po pierwsze, ze względu na liczną niemiecką grupę etniczną, jedyną w Europie Wschodniej, która po wojnie nie została wypędzona. Po drugie, w Rumunii u władzy był psychopata, który jednak wywalczył sobie pewną swobodę wobec Moskwy. I wielu na Zachodzie było nim urzeczonych. Zawsze im odpowiadałem, że mając do wyboru Bukareszt lub Budapeszt, wybrałbym Budapeszt.

A funkcjonariusze z NRD?
Ich problem polegał na tym, że NRD nie miała żadnej tożsamości narodowej. Próbowali ją zastąpić zwrotem o „socjalistycznym narodzie niemieckim”. Ale nawet w krajach bloku tylko się z tego śmiano. Nie miałem z nimi zbyt wielkiego kontaktu, ponieważ NRD nie była dla nas zagranicą i kontakty z nią podlegały urzędowi kanclerskiemu.

Pytanie pod adresem byłego mieszkańca NRD. Czy dręczyły pana kiedykolwiek zmory, że to państwo może się jednak utrzymać? W końcu ta Austria, która powstała w 1918 r., też była dość sztucznym tworem. I gdyby w Wersalu jej tego nie zabroniono, od razu przyłączyłaby się do Republiki Weimarskiej.
Gdy w latach 50. Franz Josef Strauss, szef CSU, zadał publicznie pytanie, co dla nas na Zachodzie jest ważniejsze, jedność czy wolność, opublikowałem ostrą replikę: gdyby Niemcy z NRD byli wolni, wybraliby zjednoczenie Niemiec.

Czy zostając ministrem spraw zagranicznych miał pan jakichś historycznych mistrzów? Czy raczej uważał pan, że teraz obowiązują całkiem nowe reguły gry?
Ojca straciłem, gdy miałem 9 lat. Wychowywał mnie dziadek, który był rolnikiem. W XIX w. służył w wojsku w Lotaryngii, był zafascynowany Francją i uodpornił mnie na tzw. dziedziczną wrogość. Nigdy więcej wojny z Francją, powtarzał. Był załamany, gdy Niemcy wkroczyli do Francji. Drugim punktem odniesienia był dla mnie podział Niemiec i konflikt Wschód–Zachód. W 1945 r. miałem 18 lat i, na szczęście, już latem wróciłem do domu. Wkrótce zacząłem się angażować w działalność partii liberalno-demokratycznej. Ale szybko stwierdziłem, że w NRD nie ma to sensu. Wyjechałem do Niemiec zachodnich, gdzie prędko zrozumiałem, że kwestia niemiecka – podział kraju – jest kwestią europejską. A ponieważ znałem NRD, żywo interesowałem się tym, co się dzieje w Polsce czy w Czechosłowacji. Latem 1968 r. razem z ówczesnym przewodniczącym FDP…

…i późniejszym ministrem spraw zagranicznych w rządzie Willy’ego Brandta…
...Walterem Scheelem byłem w Pradze. Rozmawialiśmy tam także ze zwykłymi ludźmi. Byłem nimi zafascynowany. A w latach 70. byłem już całkowicie świadom, jak bardzo nasze losy są związane z losem Polski.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj