szukaj
Wrzesień 1939 r. - czy było inne wyjście?
W niezwykle interesującym tekście Stanisław Rosnowski (POLITYKA 35) dochodzi do wniosku, iż „dyplomacja polska nie miała żadnego pola manewru w 1939 r.” i „w sumie wybrany został wariant o tyle optymalny, że – inaczej niż w XVIII w. – polskiej dyplomacji udało się naszą polską uczynić sprawą europejską, a z czasem nawet światową”. Jeśli nawet przyjąć, iż nie było innego rozwiązania kwestii terytorialnych i politycznych, to zadać trzeba pytanie: czy nie było szansy uniknięcia ogromnych strat ludzkich? Czy jakikolwiek rząd ma prawo podejmować ryzyko konfrontacji, grożące zagładą substancji intelektualnej i biologicznej narodu?
Wieluń po nalocie Luftwaffe 1. września 1939 roku.
Wikipedia

Wieluń po nalocie Luftwaffe 1. września 1939 roku.

Czy umiędzynarodowienie sprawy polskiej było wynikiem działań polskiej dyplomacji? Otóż podkreślić trzeba, iż miała ona w latach 1938-1939 bardzo słabe rozeznanie zagrożeń, które rysowały się coraz wyraźniej przed naszym krajem. Przede wszystkim Wierzbowa (siedziba polskiego MSZ) nie doceniała determinacji Hitlera, nie miała prawidłowego rozeznania rzeczywistych intencji Paryża i Londynu, przeceniała własny potencjał militarny. Minister Józef Beck i jego współpracownicy łudzili się, że Hitler pod wpływem zdecydowanej postawy Polski, wspartej gwarancjami Zachodu, w ostatniej chwili cofnie się. Błędem było również opieranie naszych planów obronnych na pomocy sojuszników. Polscy dyplomaci i sztabowcy wzięli angielskie i francuskie obietnice za dobrą monetę, chociaż nie brakowało sygnałów, iż są one bez pokrycia. Polskie naczelne dowództwo nie rozumiało - małe pocieszenie, że nie tylko ono - ducha nowoczesnej wojny, łudząc się, iż można będzie przedłużyć polski opór na miesiące, może nawet lata. Najbardziej chyba jednak obciąża polskie sfery rządzące brak rozpoznania kierunku zmian w stosunkach niemiecko-rosyjskich. Najbardziej unaocznia to zaniedbanie okoliczność, iż Amerykanie mieli informacje o treści tajnego protokołu do paktu Ribbentrop-Mołotow wkrótce po jego podpisaniu, podczas gdy polski rząd i Naczelny Wódz nie wiedzieli 17 września 1939 r., czy Rosjanie wkraczają do Polski jako wrogowie czy sojusznicy.

Gdyby wiedzieli, iż Niemcy nieuchronnie zaatakują z zachodu, Rosjanie uderzą ze wschodu, a sojusznicy będą się temu bezczynnie przyglądać - czy Mościcki, Beck i Rydz-Śmigły zaryzykowaliby wojnę? Mam co do tego wątpliwości.

Co powinien był Beck czynić? Kontynuować z żelazną konsekwencją politykę, którą prowadził aż do kryzysu monachijskiego. Pragnął on, kosztem innych (Austrii, Czechosłowacji) odwrócić widmo konfrontacji z potężnym sąsiadem. Przyjmując gwarancje brytyjskie Beck zerwał ze swoją dotychczasową polityką i wystawił Polskę na nieuchronny cios. Prawda, po Monachium Polska nie mogła dłużej lawirować pomiędzy Moskwą a Berlinem, ani pomiędzy Zachodem a Berlinem. Odrzucenie żądań Hitlera i przyjęcie gwarancji Londynu oznaczało wojnę w najbliższym czasie; przyjęcie warunków Hitlera odwlekało ją, ale za cenę wasalizacji Polski. Rosnowski sądzi, iż to drugie rozwiązanie było niemożliwe do przyjęcia ze względu na opinię publiczną i w skutkach jeszcze groźniejsze. Czy jednak aby na pewno?

Przyjęcie żądań Hitlera byłoby niewątpliwie bolesne i upokarzające dla rządu i narodu, ale możliwe do przeprowadzenia. Przecież dramatyczne wolty polityczne przeprowadzały pod naciskiem sytuacji rządy demokratycznych krajów Zachodu. Anglicy i Francuzi najpierw dali się przekonać politykom, że nie warto umierać za Pragę (1938), po czym ci sami politycy w kilka miesięcy później uznali, iż warto umierać za Gdańsk i Warszawę. Opinia publiczna zniosła tę oczywistą niekonsekwencję i z nią się pogodziła. Dodajmy jeszcze, iż w 1940 r. marszałek Petain nie miał żadnych trudności z przekonaniem rodaków, iż trzeba zdecydować się na kolaborację z Niemcami.

Władze polskie w 1939 r., śmiem twierdzić, mogły w obliczu najwyższego zagrożenia narodowego bytu i państwa przeprowadzić gruntowną reorientację polityki zagranicznej. Nie po to, rzecz oczywista, aby stać się najlepszym sojusznikiem Hitlera, ale po to, aby zyskać na czasie. Nie jest przy tym wcale pewne, że Niemcy wprzęgając Polskę do swego rydwanu zdecydowałyby się natychmiast na wojnę z Rosją. Prawdopodobnie pierwsze uderzenie poszłoby na Zachód, który, czy Polska stawiłaby opór, czy też nie, musiałby wejść w konflikt z Hitlerem.

Oczywiście prędzej czy później Hitler zdecydowałby się na realizację swego wielkiego marzenia, którym było utworzenie germańskiego imperium na wschodzie. Polska mogłaby wówczas albo pójść z nim na Moskwę, co byłoby pociągnięciem samobójczym, lub właśnie wtedy stawić opór III Rzeszy. Byłaby to decyzja trudna i ryzykowna, ale przecież znacznie bardziej racjonalna niż ta podjęta w 1939 r. Prawdopodobnie zniweczony zostałby w tej sytuacji efekt zaskoczenia, który odegrał taką wielką rolę w pierwszych miesiącach kampanii wschodniej. Wyjściowa linia frontu przebiegałaby o setki kilometrów na zachód, a co najważniejsze, Kreml musiałby znacznie bardziej liczyć się ze swym polskim sojusznikiem. Sprawa polska tak czy inaczej byłaby umiędzynarodowiona, ale na zdecydowanie lepszych warunkach. Strat ludzkich i materialnych nie dałoby się uniknąć, chociaż przyjąć można, iż byłyby one mniejsze, gdyż wojna trwałaby krócej. Polska jako ważny sojusznik zyskałaby znaczne nabytki na zachodzie, może udałoby się jej ocalić niektóre tereny na Kresach. I wreszcie rzecz może najważniejsza, sowietyzacja Polski byłaby prawdopodobnie niemożliwa, przynajmniej na skalę, która miała miejsce po 1945 r.
 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj