Wszystkie grzechy opozycji. Po pierwsze: wyjdźcie na ulice
Zderzenie dwóch rewolucji
Grzegorz Schetyna i Ryszard Petru
Andrzej Iwańczuk/Reporter

Grzegorz Schetyna i Ryszard Petru

Media, szczególnie te tradycyjne, też nie są obecne tam gdzie dzieje się historia. Proszę przeczytać relację w największych gazetach z wspominanego już tu wtorkowego marszu ONR. Dziennikarka jednej z nich, nie była zainteresowana dowiedzeniem się przeciw czemu protestuje grupa ludzi otoczona przez kordony policji i zasłonięta autami przed wzrokiem ONR-owców. Zobaczyła kilkanaście osób, transparent z logiem mniej uważanej w redakcji organizacji i wrzuciła do szufladki mało ważne. To efekt myślenia typową arytmetyką sejmową, a nie wartościami.

O tym, że to miejsce nosiło nazwę Reduty Przyzwoitości, że wśród protestujących – mimo potwornego upału - byli powstańcy, że wykładowca akademicki Rafał R. Suszek, w porywając sposób starał się opisać problem ponownej faszyzacji życia, tego wszystkiego czytelnik się nie dowiedział.

Wyjdźmy na ulice

A szerzej? Od miesięcy w internecie toczą się poważne dyskusje polityczne. Jednymi z najbardziej płodnych i najciekawszych autorów są Kuba Bierzyński, Andrzej Saramonowicz, Paweł Kasprzak. Wiele można się dowiedzieć z wpisów Kajetana Wróblewskiego czy Tamary Olszewskiej. Czy któraś z gazet lub tygodników zaproponowała im miejsce na felieton, cytowała obszernie w artykułach? Może? Ja nie widziałem.

Widzę natomiast brak analizy i niewychodzenie poza obrazki i portreciki pokazujące pojedyncze, czasem przypadkowe osoby. Tymczasem według mego osądu dziś liczba miejsca i czasu antenowego poświęconego stronie parlamentarnej i pozaparlamentarnej opozycji powinna się prawie równać. Demokracja rozwija się bowiem w drugim z tych obszarów, w pierwszym umiera.

Dlaczego media mówią o tym półgębkiem? Bo radykalna zmiana nie jest również w ich interesie. Przepadłyby budowane przez lata kontakty, trzeba by od nowa męczyć się w korytarzach sejmowych czy w przedsionkach siedzib społecznych organizacji i partii. Trzeba by stracić dziesiątki godzin, by zrozumieć, co mają w głowie ci nowi, inni. Odsiewać zwykłych wariatów i karierowiczów od autentycznych liderów, ludowych trybunów. Ile nietrafnych analiz by powstało, narażając publicystów na krytykę. Trzeba by też ustąpić trochę miejsca w lożach prasowych, śniadaniach politycznych, wyjść z utartego schematu rozmowy. Oczywiście są wśród dziennikarzy wyjątki, ale mógłbym je policzyć na palcach jednej ręki.

Wszystkim wyżej wymienionym grupom, tak naprawdę marzy się tylko lifting, i bardzo boja się nawet tego, by samych siebie zapytać jak miałby być głęboki. Pewnie już nie tak delikatny o jakim rok temu jeszcze myśleli ale na pewno nie taki jaki próbują wykrzyczeć na ulicach i wypracować na licznych spotkaniach, nieporadne - na razie - komitety, stowarzyszenia, zespoły i grupy. Wiem to, bo sam byłem długo z drugiej strony.

A jeśli posądzanie o lenistwo lub złą intencję jest krzywdzące, to oznacza, że pędząca historia nie poddaje się ich opisowi, z powodu braku warsztatu, schematyzmu myślenia, zbyt krótkiego czasu jaki minął od początku ostrych protestów. Jeśli tak, to większość tego pisania jest psu na budę. Wyjdźmy więc na ulicę, będzie sensowniej. Tam dzieje się historia.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj