szukaj
Saramonowicz Andrzej, Konecki Tomasz
Pakiet hormonalny
Przekonali Polaków do polskich filmów. Teraz znów próbują.

Na „Lejdis” 2,5 mln widzów, na „Testosteronie” – 1,4 mln. W styczniu premiera ich nowego filmu „Idealny facet dla mojej dziewczyny”.

„Lejdis” ze swą widownią stało się najpopularniejszą polską komedią nakręconą po 1989 r. i piątym najchętniej oglądanym polskim filmem III RP (po lekturowych hitach: „Ogniem i mieczem”, „Panu Tadeuszu” i „Quo vadis?” oraz historycznym „Katyniu”). YouTube zalały filmiki, w których podpisujące się „lejdis” kobiety odgrywają własne wersje scen z filmu i opowiadają o sile kobiecej przyjaźni. W sieci krążą filmowe bon moty (np. „Jeśli faceci są z Marsa, to niech tam wracają”). Dużym wzięciem cieszy się sygnowany jako „Pakiet hormonalny” zestaw DVD z filmami „Lejdis” i „Testosteron” – ponoć idealny na wieczorki panieńskie i domówki. O sile oddziaływania dzieł Saramonowicza i Koneckiego świadczy fakt, że goszczący niedawno na ekranach naszych kin film „Kobiety” był reklamowany przez dystrybutora jako amerykańska odpowiedź na polskie „Lejdis”. Zaś „Testosteron” – którego wersja teatralna stała się najchętniej graną i oglądaną współczesną polską sztuką (od premiery w 2002 r. w Teatrze Montownia, w reż. Agnieszki Glińskiej, wystawiany był w teatrach w całej Polsce, a także na Słowacji i w Bułgarii) – doczekał się riposty w postaci sztuki Joanny Owsianko zatytułowanej „Tiramisu”.

Tylko krytycy się nie śmieją. Zarzucają Koneckiemu i Saramonowiczowi grę pod publiczkę, epatowanie złym smakiem i wulgaryzmami, szowinizm, mizoginizm, konserwowanie stereotypów damsko-męskich. Jednak nawet oni muszą docenić fakt, że swoimi produkcjami duet przełamał dwa mity: że polski widz z zasady nie chadza do kina na rodzime produkcje (z wyjątkiem telenowelopodobnych komedii romantycznych) oraz że kino, także komercyjne, można u nas robić wyłącznie za pieniądze publiczne.

Trzydziestolatków trzech

W połowie lat 90. spotkało się w telewizji publicznej trzech ówczesnych trzydziestolatków.

Andrzej Saramonowicz – niedokończony historyk, przez lata dziennikarz filmowy, najpierw „Gazety Wyborczej” (– Zostałem wyrzucony z dnia na dzień po tym, jak podpisałem list z żądaniem usunięcia grobów zbrodniarzy komunistycznych z Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach), następnie „Przekroju” i „Vivy!”, autor części scenariuszy seriali „Trzynasty posterunek” i „Rodziców nie ma w domu”, współautor programów o kinie w telewizyjnej Jedynce: „Bez przebaczenia” i „Pół serio”. Ten ostatni realizował wspólnie z kolegami: operatorem Tomaszem Madejskim i reżyserem Tomaszem Koneckim.

Konecki, z wykształcenia fizyk po studiach doktoranckich w PAN, na Woronicza pojawił się z podpuszczenia żony, by wziąć udział w castingu na prezentera. Wygrał i poprowadził program „Swojskie klimaty”, do którego wspólnie z Madejskim kręcili minireportaże o twórcach ludowych. Reżyserii uczył się na własnych błędach.

Pierwszy – skupiony, drapieżny i ironiczny, w wywiadach lubi przedstawiać się jako samiec alfa, drugi – brat-łata, trzeci – schowany za kamerą, zawsze w cieniu kolegów. Połączyło ich poczucie humoru i marzenie o zrobieniu filmu. Saramonowicz od kilku lat starał się zdobyć pieniądze na realizację scenariusza czarnej komedii „Ciało”. Producenci mieli zwykle jedną odpowiedź: poziom intelektualny statystycznego widza rodzimych komedii wyznacza produkcja Jerzego Gruzy „Gulczas – a jak myślisz?”, czyli: jeden wątek, żadnych zabaw z chronologią wydarzeń, żadnych dezorientujących odjazdów w stylu z kim Kangurzyca wyskakała Maleństwo.

Zemsta Saramonowicza polegała na tym, że nie mogąc zrealizować „Ciała”, napisał scenariusz „Pół serio”, którego obśmianym na wszelkie sposoby bohaterem uczynił producenta filmowego.

„Pół serio” jest opowieścią o trójce przyjaciół: scenarzyście, reżyserze i operatorze, którzy, chcąc zrealizować pomysł na filmową wersję „Romea i Julii”, ulegają kolejnym kaprysom producenta, przerabiając scenariusz na m.in. „Romeo i Julię” w stylistyce kina Władysława Pasikowskiego, wersję „Procesu”, w której Józef K. jest aresztowany za niechęć do sitcomów, metafizyczną wersję „Gwiezdnych wojen” itd. Film powstał niejako podstępem, z filmików, które jego twórcy kręcili jako komentarze do tematów poruszanych w programie telewizyjnym o tym samym tytule. Do kin trafił dopiero wtedy, gdy został doceniony na festiwalu w Gdyni (Nagroda Specjalna Jury za reżyserię, nagroda za montaż i kreacje aktorskie dla Rafała Królikowskiego oraz Edyty Olszówki).

Sukces „Pół serio” oznaczał zielone światło dla realizacji „Ciała”. W reportażu z planu (umieszczonym w dodatkach na DVD z filmem) Saramonowicz zachęca widzów do pójścia do kina, tłumacząc, że akcja nie jest na tyle skomplikowana, by nie zrozumiał jej standardowy widz kinowy, pod warunkiem, że nie będzie za często pochylał głowy nad kubełkiem z popcornem. Zaraz jednak zaniepokojony pyta Koneckiego, czy nie był zbyt arogancki? „Ciało” otrzymało głosami czytelników miesięcznika „Film” Złotą Kaczkę – nagrodę dla najlepszego polskiego filmu 2003 r. – co przekonało twórców, że mają swoją widownię, która pozwoli im uniezależnić się od widzimisię producentów, ekspertów z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej (dofinansowującego twórców) i recenzentów.

Przebić się do widza

Uważamy – tłumaczy Tomasz Konecki – że kino jest miejscem wymiany emocji, a nie wygłaszania intelektualnych wykładów. Musi być śmiech, wzruszenie i napięcie.

Z taką ideą założyli firmę producencką Van Worden – nazwisko bohatera „Rękopisu znalezionego w Saragossie” pachniało zagranicznym kapitałem i dawało większe szanse na wzbudzenie zaufania u potencjalnych inwestorów niż druga propozycja: zaczerpnięte z kart „Tytusa, Romka i A’Tomka” O!rety.

Po pierwsze: – Trzeba sobie wreszcie uświadomić, że widownia kinowa jest z zasady miejska i nastawiona konsumpcyjnie – tłumaczy Andrzej Saramonowicz. – Przecież kina znajdują się głównie w galeriach handlowych i chodzi się do nich w ramach rozrywki po zakupach. Tej widowni nie zainteresuje film o biedzie na Dolnym Śląsku czy w popegeerowskiej wsi. Ona chce filmów o sobie albo o ludziach, do bycia którymi aspiruje. Rozgrywających się w wielkomiejskim otoczeniu i opowiadających o relacjach damsko-męskich – rodzimych wersji „Seksu w wielkim mieście”.

Po drugie: – Film ciągnie główny bohater. Grający go aktor musi mieć dwie cechy: charyzmę i rozpoznawalność.

Tomasz Konecki dodaje: – Film po ukończeniu staje się towarem, z którym trzeba dotrzeć do ludzi. Tymczasem marketing jest najsłabszą stroną polskiego kina. Przede wszystkim trzeba wykupić reklamy w telewizji, bo jak ich nie będzie – ludzie nie uwierzą, że film jest dobry. Żeby zareklamować „Testosteron”, nakręciliśmy specjalną scenę, której nie było w filmie: z aktorami podczas nauki tańca z „Greka Zorby”, potykającymi się, rozdającymi kopniaki – wszystkie relacje między bohaterami się tu ujawniały. Przekaz był jasny – fajny, ciepły film o facetach, w świetnej obsadzie. Z kolei „Lejdis”, który był filmem o kobietach i dla kobiet, reklamowaliśmy tak, jak reklamowanych jest wiele produktów kobiecych: poprzez testimonial, czyli kobiece wypowiedzi o filmie. I to zadziałało, w weekend otwarcia zobaczyło go 300 tys. widzów.

Nie obsikiwać pomników

Tworzenie dla masowej widowni ma jednak swoją cenę. Mimo że produkcje Saramonowicza i Koneckego mają dopracowane scenariusze, budżety gwarantujące nieosiągalną dla większości polskich filmów liczbę dni zdjęciowych oraz obsadę złożoną z najbardziej lubianych aktorów – z definicji muszą zadowolić jak najszersze gusta. Weźmy „Testosteron”. Humor słowny – najmocniejszy punkt scenariuszy Saramonowicza – w wersji teatralnej inteligentny, oparty w dużej mierze na niedopowiedzeniach, w filmie zyskał dopowiedzenie w topornych, przyciężkich i nierzadko przekraczających granice dobrego smaku skeczach wizualnych. Najważniejszy stał się humor sytuacyjny.

„Lejdis” z kolei, pod przykrywką pochwały liberalizmu obyczajowego, wpisuje się w nurt polskiego kina opisany przez Kazimierę Szczukę na łamach „Polityki” schematem „mężczyzna jako nagroda za emancypację”. Cztery bohaterki – dowodzi Szczuka – są niby strasznie nowoczesne (piją, palą, klną, uprawiają seks i stale o nim rozmawiają), ale w istocie kompletnie niesamodzielne i pozbawione ambicji zawodowych. Ich życie kręci się wokół facetów, wszystko, o czym marzą, to rodzina i macierzyństwo. Innymi słowy: siła „Lejdis” tkwi w odblokowaniu kobiecego języka, jednak kobietom dano głos tylko po to, żeby wyartykułowały męskie pragnienie zamknięcia ich w domu przy opiece nad dziećmi i starcami.

2,5 mln widzów, z czego dwie trzecie to kobiety, dowodzi, że Polki nie lubią radykalizmów, także feministycznego. Że oprócz niezależności ważne są dla nich głębokie relacje z partnerem, rodzina, macierzyństwo. I nie należy tego lekceważyć czy wyśmiewać – odpiera zarzuty Saramonowicz.

Poważniejsze projekty Saramonowicza i Koneckiego nie mieściły się w komediowych gustach widowni – jak polsatowski serial „Tango z aniołem” z 2005 r., o perypetiach siódemki kobiet, których najbliżsi zginęli w wybuchu w centrum handlowym; z planowanych 54 odcinków powstało tylko 40. Albo padały pod ciężarem zamierzenia, jakby Saramonowicz z całej siły chciał udowodnić światu, że potrafi pisać nie tylko komedie. To przypadek sztuki „2 maja”, wystawionej w 2004 r. w Teatrze Narodowym przez Agnieszkę Glińską. Zamiast głębszych refleksji przyniosła grupę rysowanych grubą kreską postaci, papierowe dialogi i naiwne przesłanie (Polacy potrafią się zjednoczyć tylko w obliczu katastrofy); góra urodziła mysz.

Inne projekty nie dochodzą do skutku z powodu trudności z zebraniem funduszy – jak „Krzyż”, historia księdza, który dopiero w chwili odejścia od Kościoła staje się prawdziwym uczniem Chrystusa. Czy „5-9-3” – historia trójki przyjaciół, ramię w ramię walczących pod Monte Cassino, opowiedziana w konwencji amerykańskiego kina patriotycznych wzruszeń. Po wojnie jeden z nich wraca do kraju, gdzie zostaje aresztowany przez UB. Pozostali z narażeniem życia ruszają mu na ratunek. – Żeby móc obsikiwać pomniki, najpierw musimy je zbudować. Myśmy jeszcze swoich w Polsce nie zbudowali, a już chcemy znajdować czarne karty w historii. Nie podoba mi się taka postawa. Dlatego mój scenariusz jest mitotwórczy. Pokazuje, że patriotyzm to piękna rzecz – tłumaczy Andrzej Saramonowicz.

Razem, ale osobno

Wielki sukces poprzednich produkcji stał się w pewnym sensie dla twórców pułapką. Ciężko pracowali na niezależność od państwowych instytucji i trudno sobie wyobrazić, że nagle składają projekty w PISF, poddają się pod osąd środowiska, któremu wielokrotnie wytykali nieudolność i wiszenie na garnuszku podatnika, konsultują scenariusz, budżet i obsadę. Zwłaszcza że firma Van Worden stała się spółką rodzinną. Żona Tomasza Koneckiego jest współproducentką filmów, żona Andrzeja, pisarka Małgorzata Saramonowicz – współscenarzystką, jego brat Wojciech, który, podobnie jak on kilka lat wcześniej, jest słuchaczem Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy – odpowiada za reportaże z planu (tzw. making of). W ich filmach grywa ta sama zaprzyjaźniona grupa aktorów, realizuje je stała ekipa.

Dlatego zanim przyjdzie czas na eksperymenty z gustem widowni, twórcy zrealizują kolejny pewny hit – „Lejdis 2”. Jednak to może być ostatnia, po ponad dziesięciu latach ścisłej współpracy, wspólna produkcja spółki Saramonowicz&Konecki: – Nie jest wykluczone, że pozostaniemy w ramach tej samej struktury biznesowej, firmy producenckiej Van Worden – zdradza Saramonowicz – ale pracować będziemy oddzielnie. Tomasz Konecki deklaruje: – Robiłbym coś na kształt kobiecego kina, wypełnionego emocjami, jak „Fortepian” Jane Campion czy „Między słowami” Sofii Coppoli. Jeżeli zaś komedia, to w stylu czeskim: prosta historia z fajnymi, ciepłymi bohaterami; tu nawet ubek miałby duszę. Zaś Saramonowiczowi, który chce reżyserować samodzielnie, marzy się zamknięty serial telewizyjny w stylu amerykańskich „24 godzin”.

Wojciech Marczewski, wykładowca Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy, drogę twórczą Saramonowicza widzi następująco: – Jest inteligentem osadzonym w środowisku, dzielącym z nim system wartości. Dlatego wiele go musi kosztować znoszenie etykietki twórcy komercyjnego. Tymczasem wydaje się, że on do poważnych tematów zbliża się od drugiej strony – testując, jak daleko można zajść, nie tracąc widowni. Proporcje między komediową formą a gorzkimi obserwacjami dążą u niego do równowagi. W jego scenariuszach coraz silniej widać wpływ współpracy z żoną Małgorzatą, która w swoich powieściach głęboko kopała w ludzkiej psychice. Już w „Lejdis” widać ten kierunek rozwoju; to film drapieżny, śmieszno-gorzki, momentami okrutny. Środowisko chyba to widzi, bo odnosi się do niego z coraz większym szacunkiem.

Bohaterami wchodzącego do kin 30 stycznia, reklamowanego jako komedia nieobyczajna, „Idealnego faceta dla mojej dziewczyny” jest pochodzący z ultrakatolickiej rodziny kompozytor muzyki sakralnej i instruktorka sztuki walki, jednocześnie narzeczona przywódczyni polskich feministek. – W komediowym sztafażu chcemy poruszyć ważny problem: że fundamentalizmy, zarówno ultrakatolicki, jak i ultraliberalny, dążą do tego samego: zawładnięcia naszym umysłem i duszą. I podzielenia świata na tych, co z nami, i tych przeciw nam – tłumaczy Saramonowicz.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj