szukaj
Polscy radykałowie
Mocni w gębie
Polityczny radykalizm, bardzo widoczny w Polsce, urósł w siłę także w Europie. Potwierdzają to ostatnie wybory. Kim są i czego chcą radykałowie?
Henryk Jackowski/BEW


Czy radykalizm polityczny ma przyszłość?  Dyskusja na forum!


Na Węgrzech, w Austrii, Holandii czy Finlandii radykalna, ksenofobiczna prawica podgrzewa dziś polityczną atmosferę, podważa standardy publicznych zachowań, wprowadza nowy język, który zaczyna przenikać do głównego nurtu. Co prawda z Polski do Parlamentu Europejskiego nie dostały się mniejszościowe, nacjonalistyczne ugrupowania, w stylu Prawdziwych Finów czy Lepszych Węgier, ale podobnego języka używała w kampanii najsilniejsza partia opozycyjna, czyli PiS, występując pod hasłem Więcej dla Polski.

Wydaje się, że dzisiaj to nie egzotyczni, łatwo rozpoznawalni populiści, są najbardziej niebezpieczni; groźniejsi są ci, którzy przejmują od nich niektóre hasła i postulaty i w bardziej cywilizowanej formie wprowadzają do debaty. To chyba jest zaraźliwe. Nawet działacze Platformy Obywatelskiej, którzy pod naporem agresji Prawa i Sprawiedliwości jako antidotum przyjęli filozofię miłości, też czasami „rzucają talerzami”. I na radykalizm przeciwnika potrafią odpowiedzieć radykalizmem równie bezwzględnym i bezpardonowym (Stefan Niesiołowski czy Janusz Palikot). Ten styl i ton zaczynają dominować w medialnym przekazie, choć przecież często treści, które się za nimi kryją, tak znowu radykalne nie są. W tym sensie, że jak przychodzi do podejmowania decyzji, rzeczywistość studzi gorące głowy.

To nawet Jarosław Kaczyński, gdy rządził, musiał co chwilę przekonywać swoich miłośników, że nie jest w stanie, wobec oporu materii i braku narzędzi (słynny „imposybilizm prawny”), natychmiast realizować ideałów IV RP. Choć on akurat chyba był najbliżej realizacji radykalnych gróźb, które zapowiadał. Nie starczyło jednak czasu i sił.

Niemniej znaleźliśmy się w przedziwnym stanie rzeczy, gdyż słowa uleciały wysoko, szybują nieposkromione, a ludzie, tam na dole, przed telewizorami i przed urnami wyborczymi muszą się wobec nich odnaleźć, przecedzać retorykę polityków, by w ogóle móc dokonać racjonalnych ocen i wyborów.

Radykalizm jest w politycznej i medialnej cenie, bo od razu, gdy się pojawia, spycha konkurenta do defensywy, nakazuje się tłumaczyć i określać wobec wypowiedzianych na ostro słów i sądów. A jako że najchętniej lokuje się w sferze największych wartości i używa patosu, nie jest to łatwe. Bo jak wytłumaczyć, że podejmując konkretną decyzję, na przykład w sprawie służby zdrowia czy szkolnictwa, nie działa się przeciw społeczeństwu lub jakiejś jego grupie, kocha się kraj, nawet jeśli chce się rozmawiać z Rosją?

Fotogeniczne skrajności

Współcześnie dominujący w Polsce radykalizm ma tę specyfikę, że bardzo odchyla się w kierunku narodowym. Nawet jeśli występują w nim – często silne – nuty socjalne i solidarnościowe, zawsze są wkomponowane w melodię hymnu narodowego i liturgię mszy. To paraliżuje prawdziwą i rzeczową wymianę argumentów, bo one ulokowane są na niższym poziomie. Na tym najwyższym można już tylko zapewniać na słowo honoru, że także jest się prawdziwym Polakiem, że szanuje się pamięć o Armii Krajowej i że w najlepszych intencjach patriotycznych zamierza się tak, a nie inaczej walczyć z kryzysem, budować boiska i poprawiać budżet.

Ale to zawsze jest jakieś mędrkowate i podejrzane, bo pozbawione prostoty i oczywistości haseł. Takie oto nadużycie moralne i swoisty szantaż dzisiejszego radykalizmu niszczy obywatelską i demokratyczną dysputę. Widać to szczególnie w Internecie, na forach dyskusyjnych, w blogach, gdzie pogląd umiarkowany, rozważający wszystkie argumenty, nie ma szans na zaistnienie. Liczą się i są zauważane tylko poglądy skrajne, często niezrównoważone, sięgające po szokujące porównania i oceny. Stąd humanitarne potępienie powojennych przesiedleń w Europie staje się od razu kwestionowaniem polskich granic, a niepodległość odzyskana w 1989 r. jest do niczego, bo nie poprzedziły jej krwawe zamieszki i samosądy na komunistach. Ponieważ skrajne poglądy są niejako bardziej fotogeniczne i lepiej widoczne, często nadają ton dyskusji. I mimo że są w społeczeństwie w wyraźnej mniejszości, powodują, że trzeba się do nich odnosić, w jakiejś mierze przejmując język i sposób rozumowania.

Ciekawe, że przeciwnikiem dla radykałów nie są zazwyczaj inni radykałowie, ale przedstawiciele głównego nurtu, centryści, „milcząca większość”. Wrogiem radykalizmu jest umiar, zgniły kompromis, ideologiczna niewyrazistość – to za nimi kryje się prawdziwa zdrada. Radykałom, ich zdaniem, o coś chodzi, i z takiej pozycji atakują tych, którym rzekomo nie chodzi o nic. Obrona standardów demokracji, praw jednostki, negocjacyjność nie są dla radykałów wartością, jeśli nie służy to ich celom albo im się sprzeciwia.

Dać świadectwo

Radykałowie mają sprawy do załatwienia: może to być albo rozliczenie PRL, albo wypędzenie imigrantów i jeśli prawo, konstytucja czy przyzwoitość na to nie pozwalają, to znaczy, że trzeba je zmienić. Radykałowie wyjątkowo ciężko znoszą konieczność dochowania procedur, umów, sądowych rozstrzygnięć. Nie należy też mylić radykalizmu ze śmiałością rozwiązań, rozmachem koncepcji. Przeciwnie, radykalizm jest w istocie zachowawczy, najgłębiej konserwatywny, a skrajność przejawia się w metodach i kategoryczności stwierdzeń, jakie mają utrzymać status quo w warunkach naturalnie zmieniającej się rzeczywistości.

Myśl radykalna z reguły nie przynosi żadnych gotowych rozwiązań, jest raczej dawaniem świadectwa. Jeśli Kaczyńscy mówią, że stocznia gdańska nie może upaść, bo pomniki nie upadają, to w tym zdaniu nie kryje się żadna realna koncepcja ratunku dla zakładu. Ważne jest tylko to, że nie może upaść. To laboratoryjny przykład tego sposobu myślenia. Podobnie w sprawie zapłodnień in vitro – PiS postuluje całkowity zakaz, a nad realnymi rozwiązaniami muszą zastanawiać się bardziej umiarkowani politycy.

Dlatego radykalizm chętnie atakuje wedle klucza: przeciwnik nie ma poglądów (na tle poglądów, które my mamy i jasno je prezentujemy), jest mglisty, jakiś taki rozmamłany, nijaki. Albo nie potrafi myśleć, albo – to oczywiście jest bliższe prawdy – coś ukrywa, jest nieszczery, kręci jakieś brudne interesy, na pewno więc nie leży mu na sercu los kraju i narodu. Złapany zaś za rękę kręci i się wije.

Kwestia charakteru

Oczywiście, radykalizm pomieszany z populizmem nie występuje wyłącznie w Polsce. Nie brakuje go także w najbardziej doświadczonych demokracjach, tylko że w Polsce przeżywa rozkwit ze względu na pewne lokalne uwarunkowania. Tak się porobiło, że system polityczny został kilka lat temu zamrożony, jako że liczą się – wspierane z budżetu – tylko te partie, które mają reprezentację parlamentarną, a spośród nich dwie główne. I między nimi toczy się walka o wszystko, a najpierw o władzę, prezydencką i rządową. I ta walka o władzę jest najważniejsza. Radykalizm nie wyłania się zatem z jakichś marginesów społecznych, co jest regułą, a z samego wnętrza dominujących sił. W naszych warunkach ośrodkiem promieniowania radykalizmu jest PiS, które już raz na tej fali popłynęło – w 2005 r. – i próbuje ten sukces powtórzyć. A jak dobrze to robi, pokazało spychając w nicość inne radykalizmy: Samoobrony, LPR i Libertasu.

Tyle tylko, że im PiS był bardziej radykalny, tym silniejsza stawała się Platforma Obywatelska. Wygrała na tym strachu dwa razy z rzędu i teraz pewnie modli się o to, by Jarosław Kaczyński nie wpadł znowu, jak na początku bieżącego roku, na pomysł jakiegoś nadzwyczajnego złagodzenia swoich słów i polityki. Na szczęście dla Tuska radykalizm Kaczyńskiego to nie tylko koncepcja, to także charakter.

W ogóle radykalizm jest często cechą, by nie powiedzieć przypadłością, osobową. Radykalizm hoduje i przyciąga do siebie ludzi o skłonnościach awanturniczych, różnej maści fundamentalistów i frustratów, inkwizytorów, różnych bożych szaleńców, którzy natychmiast i od razu, bez względu na koszta, gotowi są do działań. Najgorzej, że gdy radykalizm dochodzi do władzy, to w urzędach, instytucjach aparatu państwa, często w najbardziej wrażliwych i delikatnych miejscach, pojawiają się owi radykłaowie i zaczynają swoje rewolucje, czystki i egzekucje.

W Polsce radykalizm polityczny, na szczęście, nie udziela się masom, (nawet jeśli PiS ma te swoje 20 czy trochę więcej procent poparcia). Polacy mogą zabawiać się oglądając igrzyska z udziałem polityków, podniecać się nimi, ale zdecydowanie – co pokazały wybory 2007 i 2009 r. – nie chcą, by ich także wciągać na arenę. W tym sensie radykalizm polityczny jest bytem wyalienowanym społecznie lub, inaczej mówiąc, jest postawą, przeciwko której obywatele gotowi są wstać z łóżek czy od grilla i pójść do urn wyborczych.

Rzeka środkowa

Donald Tusk dobrze to wyczuł i umiejętnie wykorzystał. Radykalizmowi przeciwstawił ideologię miękkości i wielorakości, niedookreśloności, pewnej niejasności. Taktykę niespiesznego reagowania i unikania spraw trudnych i konfliktowych, niestawiania ich na ostrzu noża, także schodzenia z linii ciosu. Od czasu do czasu kontrapunktowaną jakimś zdecydowanym oświadczeniem, gdy inaczej nie można albo po prostu już się nie da nie zareagować. I w sumie Polakom to też odpowiada, choć wielu z ogniem w oczach będzie mówić, że im także brakuje idei, reform, jasnych decyzji, nowoczesności obyczajowej w rządzeniu i zarządzaniu.

To po prostu nie ten etap, nie ta historia, w Polsce nie występuje – mówiąc językiem klasyki marksistowskiej – sytuacja rewolucyjna. A wręcz odwrotnie – ewolucyjna. Po latach szoku transformacyjnego i instalowania nad Wisłą kapitalizmu Polacy, jeśli chcą zmian i reform, dopychania się do nowoczesności i do Europy, to jednak stopniowo, bez gwałtownych wstrząsów i forsownego przyspieszania.

Muszą mieć czas na osobiste dostosowanie się do nowych zjawisk i procesów, chcą mieć poczucie, że ich życie jest przewidywalne i na tyle bezpieczne, na ile może być w czasach wielkiego kryzysu. A też jakoś uczestniczą w postępującym utrząsaniu się wielkich, historycznych idei, które dzisiaj mieszają się ze sobą. Już kiedyś Leszek Kołakowski mówił o połączeniu ze sobą wartości konserwatywnych, liberalnych i socjaldemokratycznych jako o oczywistym i pożądanym konglomeracie aksjologicznym przyszłości. I wielu Polaków potwierdzi, nawet jeśli wcześniej byli ortodoksami którejkolwiek z wymienionych tradycji, że najchętniej odnajdują się na takim skrzyżowaniu. Tworzy się zatem kombinacja umiarkowania i sceptycyzmu, który korzysta z wielu źródeł, odsączając z nich to, co wyważone i historycznie potwierdzone.

Dzieje się tak w Polsce, ale też w Europie, gdzie główne prądy ścierają się w rozmaitych sprawach, ale w gruncie rzeczy tworzą jeden centrowy nurt, głośno i agresywnie atakowany z brzegów przez radykałów. Jeśli kryzys nie podmyje wałów, radykałowie pozostaną na brzegach.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj