Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kraj

Kresy

29 grudnia 2010 r. minie sto lat od śmierci mojego dziadka po mieczu Ludwika Stommy (1859–1910). Całe życie spędził w swoim majątku w Szacunach na Laudzie, skąd wyjeżdżał niechętnie i najczęściej tylko w odwiedziny do sąsiednich dworków. Do Kognowickich w Łączynowie, Medekszów w Orstwinowie, Zabiełłów w Opitołokach, Komorowskich w Syrutyszkach, Kossakowskich w Żejmach… Mówiono o nim, że był typowym Kresowiakiem.

Co to właściwie znaczy? Te wizyty międzydworkowe mają tu wiele na rzeczy. Były przecież podróżami z jednej wysepki otoczonej obcym, a w każdym razie obcojęzycznym i innego obyczaju żywiołem, do drugiej. Wyspy te więzami wspólnoty kulturalnej, ale także pokrewieństw i powinowactw łączyły się w archipelagi, znakomitości i wzory. W świecie, w którym wszyscy się znali i hierarchie były ustalone, życie toczyło się wolniej, ułatwiając refleksyjne i intymne związki z małą ojczyzną.

Nie inaczej rzecz się miała w wielonarodowościowych kresowych miastach i miasteczkach. Charakterystyczne, że w tych wspólnotach, połączonych tradycją i kulturą dużo bardziej niż doraźną polityką, pierwszoplanowymi osobistościami stawali się: wzięty lekarz, umiejący poruszyć uczniów profesor gimnazjalny, wybitny kaznodzieja, solidny kupiec etc. Gdzie indziej byliby anonimowi, tutaj otaczał ich społeczny mir i znajdowali swoje miejsce w pejzażu. Innymi słowy, Kresy to, owszem, geografia i historia, ale przede wszystkim tutejszość i trudno uchwytna dla przybyszów z zewnątrz atmosfera. Tak, atmosfera przede wszystkim.

Dlatego też książki nie-Kresowiaków o Kresach, acz często erudycyjne, udokumentowane i warsztatowo nienaganne, czytam z jakąś zgagą niedosytu.

Polityka 50.2010 (2786) z dnia 11.12.2010; Felietony; s. 97
Reklama