We Francji rozpoczyna się prezydencka kampania wyborcza, w Polsce finiszuje parlamentarna. Daje to okazję do porównań i są one niekiedy całkiem ciekawe. O podobieństwach najpierw. Jest ich wiele.
Po pierwsze: ani tu, ani tam nikt nie szczędzi obietnic. W ogródku, kiedy się przeniosłem i musiałem pożegnać z ukochaną czereśnią, która tak drażniła młodego i podobno zdolnego Janusza Andermana, rośnie okazała wierzba. Gruszki na niej więdną z wściekłości, że tyle się w ich imieniu przyrzeka. Nie mają racji. Odpowiedzią na zapewnienie, że będę płacił dwa razy mniej podatków, będę szczęśliwy, a żona nie spojrzy nawet na przystojnego bruneta zza drugiej przecznicy, któremu spodnie od Armaniego deformuje portfel tak wypchany, że czasami niedociśnięte banknoty z dostojnymi obliczami prezydentów USA wypadają z kieszeni i ścielą się po ziemi niczym płatki kwiatków rzucane przez dziewczątka podczas procesji ku czci świętego Kleofasa jałmużnika… Otóż odpowiedzią na nie są tylko budżetowe zapewnienia spowite w miazmaty cyfr i algorytmy, których, poza przeczącymi sobie wzajemnie specjalistami, i tak nikt nigdy nie zrozumie.
Oczywiście, wiemy, że wszyscy mijają się z prawdą. Wolimy jednak, taka już nasza ludzka słabość, jeśli kłamią, że jesteśmy piękni i bogaci, niż kiedy mówią, że nam, menelom, została tylko walizka i marsz do najbliższego przytułku dla bezrobotnych i bezdomnych. Punkt dla obiecywaczy.
Po drugie: występuje w okresie wyborczym wysyp afer wszelkiego rodzaju. Złodziejstwo i korupcja szczerzą zęby zza każdego rogu. Różnica ta jedynie, że we Francji żaden szanujący się polityk nie będzie zwoływał własnych komisji, jak Antoni Macierewicz, i oskarżał innych o wszystkie grzechy tego świata, których wachlarz jest niemały.