Cóż, tak widać stać się musiało. Jak mówią słowa piosenki: „Wszystko ma swój kres”. Po raz pierwszy nie zgadzam się z profesorem Bronisławem Łagowskim. Napisał on w „Przeglądzie” (30.10.2011 r.), że krzyż zawieszony (nielegalnie) w Sejmie nie ma większego znaczenia: „W istocie w epoce postmodernistycznej, ponowoczesnej, jednym słowem Baumanowskiej, spieranie się o to, czy krzyż ma w Sejmie wisieć, czy nie wisieć, jest śmiechu warte. (…) Moim zdaniem może zostać tak, jak jest. Gdybym był klubem SLD, w głosowaniu nad krzyżem wstrzymałbym się od głosu; sprawa nie jest warta ani »tak«, ani »nie«”.
Krzyż w Sejmie jest symbolem sprzecznym z obiecywanym nam modelem rozdziału państwa i Kościoła. W przeciwieństwie do Łagowskiego nie martwiłbym się o lekcje religii w szkołach. Tam, przynajmniej teoretycznie, rodzice mogą zadecydować o obecności lub absencji swoich dzieci. Świadom jestem oczywiście wszelkich kruchcianych nacisków, złej woli wielu nauczycieli, ale prawo, choćby nierealne w praktyce, gwarantuje im jednak wybór. Fakt, że jestem zbyt tchórzliwy, żeby z niego skorzystać, to w końcu moja osobista sprawa. Zupełnie inaczej z krzyżem w Sejmie. Tutaj bowiem mamy do czynienia z zamachem na moje elementarne prawa człowieka i obywatela.
Na czym polega bowiem w swojej najgłębszej istocie demokracja i rozdział Kościoła od państwa? Na tym otóż, że wchodząc do urzędu państwowego, instytucji państwowej, biorąc udział w państwowych uroczystościach, wchodzę w przestrzeń, prócz państwowej, pozaideologiczną. Urzędnik rozpatrujący moją petycję sprawdza jej zgodność z prawem, ze swoimi kompetencjami i koszmarnym plikiem okólników piętrzących się na biurku.