Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kultura

Jak zostałem pisarzem

Mariusz Czubaj zaprasza do konkursu „Lato z kryminałem”

Mariusz Czubaj Mariusz Czubaj Aleksandra Litorowicz / Materiały prywatne
Nie znasz dnia i godziny. I nigdy nie wiesz, kogo spotkasz na swojej drodze. Raz będzie to miłość życia. Raz seryjny morderca. Raz miłość życia, która okaże się seryjnym mordercą.
Partner konkursu „Lato z kryminałem”: Maszyna do pisania – szkoła pisania i agencja usług pisarskichMaszyna do Pisania/materiały prasowe Partner konkursu „Lato z kryminałem”: Maszyna do pisania – szkoła pisania i agencja usług pisarskich

Pozwólcie na krótkie wyznanie z cyklu: „Jak zostałem pisarzem”. Właściwie spowiedzi takie należy czynić, gdy osiągnie się stan umysłu Mahatmy Gandhiego, wyląduje na Księżycu albo – na jedno wychodzi – gdy przynajmniej dwa razy odbierze się Nagrodę Nike. Ponieważ żadna z tych rzeczy mi nie grozi, pozwólcie więc, że opowiem teraz.

Oto, co się wydarzyło.

Był początek 2006 roku, gdy – jako dziennikarz tygodnika „Polityka” – pojechałem do Wrocławia, by przeprowadzić rozmowę z laureatem literackiego Paszportu, Markiem Krajewskim. Umówiliśmy się na rynku, „Pod Złotym Psem”. Właściwie ten moment wejścia powinienem jakoś rozwinąć, uwypuklić i uwznioślić nawet, pamiętam go bowiem dość dobrze, w przeciwieństwie do momentu wyjścia, który nastąpił po kilku godzinach.

Zaczęliśmy rozmawiać. Tu muszę zdradzić tajniki mej dziennikarskiej kuchni, za którą nie dostałbym gwiazdek Michelina. Może zauważyliście, że rozpanoszyła się teraz moda, by nagrywać rozmowy toczone w lokalach gastronomicznych. Otóż ja nigdy nie miałem zaufania do techniki i środków rejestrujących nagrania. Do dzisiaj traktuję nowinki techniczne dosyć nieufnie i właściwie to wiem, że kiedyś nastąpi techniczno-elektroniczna katastrofa w globalnej skali, gdy potracimy wszystkie nasze PIN-y. Wracając do tematu: gdy zdarzało mi się robić wywiad, zwykłem korzystać z prostych urządzeń w rodzaju mojego hipokampu oraz notatek. W przypadku rozmowy z Markiem Krajewskim było podobnie.

Zima, hotelowe wyobcowanie i poranek dnia następnego, który nie należał do łatwych. Trudny wręcz był. Kłopotliwość mieszała się z paniką, ta zaś miała źródło w pytaniu: czy zabrałem ze „Złotego Psa” notatki z rozmowy.

Reklama