szukaj
Zapach, brat oddechu
Tom Tykwer, reżyser niemiecki, na „Pachnidło” wydał aż 50 mln euro, ale nie zmarnował pieniędzy. W kinie naprawdę pachnie.
Pachnie ruda dziewczyna z mirabelkami, pachnie pracownia mistrza Baldiniego, pachną lawendowe pola Grasse. Najpierw jednak poczujemy mniej przyjemne zapachy. Wprawdzie film zaczyna się inaczej niż powieść, mianowicie sceną przygotowań do egzekucji Grenouille’a, ale to tylko zapowiedź finału i po chwili wracamy do początku opowieści, czyli do XVIII-wiecznego Paryża. Ściślej zaś na paryski targ rybny, najbardziej cuchnące miejsce na świecie, jak pamiętamy z książki Suskinda, której szóste wydanie właśnie się w Polsce ukazało (zbieżność z datą premiery filmowej nieprzypadkowa). Na planie u Tykwera pracowała 60-osobowa „brygada syfiarzy”, której zadaniem było przygotowanie odpowiednio odrażających miejskich plenerów. Jak widać i czuć, brygada wykonała powierzone jej zadanie.

To właśnie na targu, w brudzie, pośród resztek gnijących odpadów, przychodzi na świat niechciane dziecko straganiarki. Scena porodu pokazana jest bardzo naturalistycznie, włącznie z nożem do oprawiania ryb, którym rodząca przecina pępowinę. Matka, która chciała porzucić dziecko, zostanie wkrótce stracona, zaś jej potomek znajdzie schronienie w przytułku, rozpoczynając żywot człowieka upokorzonego. Jest brzydki, niepozorny, ale jednocześnie wyjątkowy: sam pozbawiony zapachu, ma zarazem absolutny wręcz węch, za pomocą którego poznaje świat. Kolekcjonuje zapachy, zna ich setki tysięcy, kiedy zaś dorasta, zaczyna marzyć o stworzeniu zapachu wyjątkowego – takiego, za pomocą którego będzie mógł wpływać na ludzkie zachowania. Wie bowiem, że nie ma ucieczki przed zapachem („Zapach jest bowiem bratem oddechu”). Pragnie zatem stać się „wszechmogącym Bogiem zapachu”. Dzieło swego życia tworzy cierpliwie i systematycznie, poznając najpierw tajniki perfumiarskiego fachu, a następnie kolekcjonując zapachy pięknych dziewic, które morduje.

Wydana w 1985 r. powieść Patricka Süskinda stała się światowym bestsellerem, została przetłumaczona na 46 języków. Nic dziwnego, że od razu pojawiły się propozycje ekranizacji, ale autor nie dawał się przekonać, mimo że w kolejce ustawiali się najwięksi z największych, na czele z Formanem, Scorsesem czy Kubrickiem. Ostatecznie uległ namowom niemieckiego producenta Berndta Eichingera, który wybrał reżysera Toma Tykwera („Biegnij Lola, biegnij”, „Niebo”). Twórcy ekranizacji bestsellerowej powieści mieli wyjątkowo trudne zadanie: należało odtworzyć XVIII-wieczne realia, przede wszystkim zaś pokazać zapachy i wonie.

Kino próbowało kiedyś eksperymentów z rozpylaniem zapachów w salach projekcyjnych, z czego jednak dość szybko zrezygnowano, efekt był bowiem porównywalny z działaniem dezodorantu w publicznej toalecie. Podobnie jak nie przyjęły się inne techniczne nowinki, mające zwiększyć skalę przeżyć widza, np. urządzenie symulujące wstrząsy w scenach trzęsienia ziemi. Autorzy owych dziwacznych innowacji zapomnieli bowiem o rzeczy najważniejszej: widz w kinie nie przeżywa rzeczywistości naprawdę, przeżywa jedynie iluzję, dlatego przede wszystkim trzeba trafiać do jego wyobraźni i wrażliwości. Tom Tykwer doskonale to rozumie, dlatego wyśmienicie operuje obrazem, którego intensywność odczuwamy dosłownie wszystkimi zmysłami. Kamera chwilami podąża wręcz pospiesznie za węchem bohatera, jakby ścigała błyskawicznie pożądany obiekt, następnie „opisuje” go z bliska, dotyka, smakuje, nie pomijając żadnego szczegółu.

W ten właśnie sposób pokazane jest spotkanie perfumiarza ze swą pierwszą ofiarą, od której zacznie się seria jego wyrafinowanych morderstw. Najpierw Grenouille chwyta ulotny zapach, który my siedząc w kinie wraz z nim przeczuwamy, następnie zbliża się do rudej dziewczyny obierającej mirabelki, syci się jej zapachami, czego możemy się domyślać dzięki czułej obserwacji portretującej ją kamery. W podobny sposób perfumiarz będzie osaczał swą ostatnią i najważniejszą ofiarę, Laurę.

Tom Tykwer zrobił imponujące wręcz widowisko (w scenach masowych bierze udział 5 tys. statystów), jednocześnie pozostawiając w centrum każdego niemal kadru głównego bohatera. Po wyjściu z kina, tak jak kiedyś po lekturze książki, nie daje nam spokoju pytanie: kim jest właściwie Grenouille, morderca w jakimś stopniu wewnętrznie czysty, który pozostawia swe ofiary nietknięte, pozbawiając je jedynie woni? Ostatecznie nieszczęsny perfumiarz triumfuje w scenie orgii, kiedy porządni obywatele, którzy przyszli oglądać jego kaźń, ulegając czarowi najpiękniejszego z zapachów, zapominając o wstydzie i grzechu, oddają się wyuzdanym cielesnym uciechom. Reżyser tego spektaklu nie bierze w nim udziału, właśnie dlatego jest szczęśliwy jak nigdy dotychczas w życiu. Oto spełniło się bowiem jego marzenie o władzy nad znienawidzonym tłumem, wśród którego zawsze był obcy. Patrick Suskind tak opisywał stan jego ducha: „On, Jan Baptysta Grenouille, dopiął swego: zjednał sobie przychylność świata. Co tam przychylność! Kochano go! Uwielbiano! Ubóstwiano!”. Teraz może wrócić do Paryża, do miejsca urodzenia, by tam zakończyć swą wędrówkę przez znienawidzony świat.

Jest więc „Pachnidło” opowieścią o sztuce doskonałej iluzji, której jesteśmy skłonni – w różnych epokach – się poddawać? Zapewne też, ale możliwych interpretacji jest więcej, z religijną (mocno bluźnierczą) włącznie. Tom Tykwer, jak na obyczaje współczesnego kina, wiernie przenosi na ekran powieść Suskinda. W ostatniej scenie coś jednak dodaje od siebie. We flakoniku, który ocalał po Grenouille’u, pozostała kropelka cudownego pachnidła. Kto go użyje i w jakim celu?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj