szukaj
Dyjak Marek
Przerwana pętla
Dzisiaj już mało kto zmartwychwstaje. Markowi Dyjakowi się udało.

Trudno powiedzieć, kim właściwie jest. Żulem i barowym grajkiem – jak sam o sobie mówi. Bardem, polskim Tomem Waitsem – jak chcą wielbiciele. Najbardziej prawdziwym głosem na polskim rynku muzycznym – jak ocenia krytyczka muzyczna, nauczycielka śpiewu Elżbieta Zapendowska. Dyjak to Dyjak – mówią przyjaciele; facet, który żył po bandzie, pił po bandzie, aż dotarł do końca drogi. On też tak czuł. W zeszłym roku na Wielkanoc przymocował do drzewa linkę holowniczą. Pogotowie stwierdziło zgon.

Piękny instalator

Z wykształcenia jest hydraulikiem. Skończył zawodówkę, choć trudno powiedzieć jakim cudem, bo w ostatniej klasie miał 612 godzin wagarów, które spędzał na Majdanku malując baraki i oprowadzając wycieczki. Wtedy też zaczął coś brzdą kać na gitarze. Przypadkiem trafił na książkę „Kaskaderzy literatury” i odkrył Rafała Wojaczka. – Czytałem i nic nie rozumiałem, ale jakoś instynktownie go czułem, czułem, że to też moje lęki – wspomina.

Kiedyś siedział na ławce w Świdniku i próbował coś brzdąkać pod Wojaczka, zaczepił go Jan Kondrak, miejscowy poeta i kompozytor. Zaczęli gadać. Hydraulik? To wpadnij, bo mi się kibel zepsuł. Dyjak już nie pamięta, czy udało mu się ten kibel naprawić. W sumie chyba tak, bo Kondrak proponował pieniądze, ale nie chciał, więc dostał jego płytę. Zaczęła się przyjaźń.

To on wymyślił mi zawód muzykanta. Powiedział, że ktoś tak popieprzony jak ja musi śpiewać. Inaczej nie wytłumaczę się przed światem – opowiada. Z repertuarem Kondraka „Piękny instalator”, inspirowanym obrazem Jerzego Dudy-Gracza, pojechał do Krakowa na Festiwal Piosenki Studenckiej i zajął drugie miejsce. Miesiąc później wygrał Famę. To był 1995 r. Zaczęła się jazda z koncertami po klubach, świetlicach, więzieniach. Wielka włóczęga i wielka oniryczna bania.

 

Śpiewał i pił. I tak można powiedzieć, że zaczął trochę późno, jak na ucznia zawodówki, ale wcześniej był święty i czysty; żadnych alpag za szkołą, żadnego piwa na przystanku. Znał z domu wszystkie możliwe typy alkoholowych awantur. Jego to miało nie dotyczyć. Po pierwszym upiciu obudził się na skrzyżowaniu w jakiejś wsi. Przestraszył się i przestał na pół roku. Ale potem, jak odpalił rakietę, to już na poważnie; na następnych 15 lat.

W oparach absurdu

Nigdzie nie mieszkał. Pomieszkiwał. Jechał na koncert i zostawał na trzy dni albo trzy tygodnie. Były ciemne piwnice i strychy wieżowców, dobre hotele i obskurne sutereny. Czasem bogaci ludzie zapraszali do siebie, trochę na zasadzie towarzyskiej ciekawostki. Pili z nim, póki dawali radę, a jak coś było nie tak, wyprowadzka zajmowała tyle, żeby dojść do drzwi. Bo nie miał nic, nawet gitary. To znaczy były jakieś. Czasem pożyczał, czasem kumpel, po pijaku, kupił mu w prezencie. Ale zgubił albo rozbił komuś na głowie; bodaj Piotrowi Bukartykowi. Zasypiał mając 10 tys., budził się, nie miał nic, a wieczorem znów miał 10 tys. Raz pił po 200, a raz po 2 zł za setkę. Sto razy dostał wpierdol i sto razy spuścił wpierdol. Wódka to kolorowy diabeł, mówi.

Na pół roku zaczepił się w Piwnicy pod Baranami. Przyprowadził go Grzegorz Turnau. Skrzyneckiemu się spodobał, więc wpadał zaśpiewać i się napić.

Chyba się zaprzyjaźniliśmy – wspomina. – Nie, nie piliśmy razem. Ja już wlewałem takie ilości, po których on by umarł. To była jego końcówka: herbatka i pół jajeczka w Vis a vis na śniadanie. Stawiał mi gołdę i gadaliśmy.

Trochę mieszkał na warszawskiej Pradze. Nawet przez dwa miesiące wynajmował mieszkanie, póki go nie wywalili za niepłacenie czynszu. Był tam nieopodal bar W oparach absurdu, gdzie grał wieczorami, żeby odpracować to, co w dzień wypił na kreskę. Gdy ktoś w czasie koncertu źle się zachowywał, odkładał gitarę i wyprowadzał gościa za ucho: nie podoba się, to wypierdalać, dzisiaj bar jest mój. I niech się cieszy, że nie dostał w mazak. To wtedy wytatuował sobie na ramieniu gwiazdę Dawida i paradował po Brzeskiej, Ząbkowskiej, gdzie co krok na murach napis „Jude raus”. Testował reakcje praskiej żulii.

Nie wpierdolili mi. Chyba uznali, że jestem tak powalony, że nie warto. Nawet się zaprzyjaźniliśmy – opowiada.

Ruscy handlarze samochodami, Cyganie z Pragi, artystyczne kręgi Warszawy i Krakowa, gangsterzy, menele, finansiści – Dyjak wszędzie ma kumpli. Jedną płytę sfinansował mu przyjaciel, dyrektor bazaru na ścianie wschodniej, drugą też przyjaciel – dyrektor dużego banku. Reżyser Andrzej Marczewski od lat zamawia u niego muzykę do swoich spektakli, co pozwala jakoś funkcjonować finansowo. Zawsze był ktoś, kto próbował mu pomóc. Ludzie czują w jego głosie jakąś prawdę. Rzadko śpiewa własne teksty, ale te, które wybiera, przepuszcza przez własne życie. – Dlatego dla mnie to nie jest piosenkarz, ale autor. Fascynujący i absolutnie wyjątkowy głos – mówi Elżbieta Zapendowska. – Ma siłę przekazu, która naprawdę nieczęsto się zdarza.

 

– Chciało mu się dawać do śpiewania piosenki najmocniejsze, takie, w których jest krew, żółć i łzy, bo on to czuje. Na rynku papierowych supermenów jest zjawiskiem – ocenia Jan Wołek. – Długo próbowałem mu pomóc, ale w końcu odpuściłem, bo jak pomóc komuś, kto cały czas balansuje na krawędzi samounicestwienia.

I po sprawie

Kiedyś chcieli mu wydać płytę w ITI. Poszedł na spotkanie z jakimś ważnym dyrektorem. Sekretarka pyta: kawkę czy herbatkę? Setę – mówi Dyjak. I jest po sprawie. Gdy go zapraszali do radia czy telewizji, uznawał, że jego próżność jest tak zaspokojona, jakby już tam był, więc nie szedł. Poza tym, to całe środowisko to zasrane dupki, daliby się pokroić za kasę, a jego to mierzi, czego zresztą nie ukrywa. Kiedyś usłyszała go prof. Urszula Trawińska, dziekan Wydziału Wokalnego warszawskiej Akademii Muzycznej, która była konsultantką przy musicalu „Dzwonnik z Notre Dame”. Szukali akurat kogoś, kto zaśpiewa rolę Quasimodo. Trzeba było do tego cztery i pół oktawy. Zaprosiła go na casting z zastrzeżeniem, że będą próby, spektakle, że to wymaga dyscypliny i ma nie pić. Ja? Jakie nie pić? Chyba panią pojebało! – stwierdził. Przyszedł nawalony jak patefon, zaśpiewał tak, że chodzą dreszcze, i wyszedł. Musicalu nie było, nie znaleźli nikogo innego.

Wtedy już od dawna nie mógł nie pić. Żeby normalnie funkcjonować, potrzebował wprowadzić dwa litry gorzały dziennie. Wstawał o czwartej rano i małymi dawkami sączył do północy. Jak chciał zaszaleć, szło prawie trzy i pół litra na dobę. Kiedy schodził poniżej półtora promila, dostawał alkoholowej padaczki. I strasznie rzygał. Rzygał do krwi, do zdarcia gardła. Rzygał tak, że nie mógł mówić, a co dopiero śpiewać. To oczywiste, że musiał się napić.

– Były próby rzucania, brałem jakieś prochy, ale to nie dla mnie. Czułem, że nic mi nie zastąpi sety, galarety, śledzia i całej tej burackiej jazdy związanej z wódką – mówi. Tworki, Gołdap, Olsztyn, w pewnym momencie przestał liczyć detoksy, było ich ze dwadzieścia. Wszywki też były, ale esperal wydłubywał skalpelem, a przy cięższym solfanidolu nauczył się, że trzeba pić powoli i z cukrem, żeby serce nie wysiadło. Ale wysiadało wszystko inne, psychika, pamięć, głos. Coraz większe roztelepanie, upodlenie. Adam Nowak z Raz, Dwa, Trzy poprosił, by wystąpił na jego koncercie, który miała transmitować telewizja.

Dał mi całkiem fajną piosenkę i ja się jej nauczyłem, ale strasznie wtedy piłem i próbowałem sobie zrobić przerwę, znów od rzygania straciłem głos. Byłem przerażony, że nie dam rady, więc zacząłem pić jeszcze bardziej. Mogłem zrezygnować, Nowak jeszcze przed koncertem mówił: czujesz, że nie dasz rady, to nie wychodź; jest Soyka, Nosowska, jakoś pójdzie. Ale ja się uparłem, wyszedłem i zaśpiewałem jedną zwrotkę, resztę zapomniałem – opowiada. – To mi się do dzisiaj śni jak moralny koszmar. I nie chodzi o telewizję, ale o to, że spieprzyłem Nowakowi koncert, a to porządny, fajny gość. Boję się mu spojrzeć w oczy.

 

Wydał płytę zatytułowaną „Ostatnia”, o której mówił, że to już na pewno fajrant, kiedy spotkał Olę. To było w Radomiu. Ona robiła tam scenografię, a jego rzucało po kraju z koncertami i wtedy rzuciło akurat tam. – Usłyszałam jego głos i od razu poczułam, że to jest ten facet. I wcale się nie ucieszyłam, bo wiedziałam, że będzie bardzo ciężko – wspomina. – On miał problem wypisany na twarzy. Jeszcze nie wiedziałam jaki, ale szybko się dowiedziałam.

Zamieszkali razem na warszawskiej Starówce, w pracowni jej ojca, byłego rektora ASP. I na początku nawet nie było źle: – Marek pił całymi dniami, ale on się nie upijał. Jakoś się z tym oswoiłam. O alkoholizmie nie wiedziałam kompletnie nic. Uznałam, że alkohol po prostu jest i będzie. Ale on stawał się innym człowiekiem. Najmniejsza próba niepicia kończyła się rozjątrzeniem. Nie dawałam już rady. Odeszła, żeby odebrać mu bezpieczne życie i picie, żeby wylądował pod mostem, zaliczył dno i się od niego odbił. Ale zawsze znajdowały się jakieś kobiety, które dawały mu dach nad głową.

Wyglądałem jak reklama biegunki, obity, zaniedbany, ale one zawsze były obok. Piękne, mądre kobiety, których nie kochałem, bo jedyny związek, na którym mi zależało, to była Ola – mówi. – Może czują, że ja śpiewam dla kobiet. One instynktownie potrafią czytać emocje. Faceci pod tym względem to tępe oszołomy, chyba że mają w sobie cząstkę kobiety.

Ola kupiła dom na wsi, pod Częstochową; dom w środku niczego. Tam chciała czekać, aż Marek wyzdrowieje i ją znajdzie. Nie wyzdrowiał. Znów zamieszkali razem. To miała być ostatnia próba. Ale był dramat. Wtedy trzeźwość to był odmienny stan świadomości, rozdygotanie, koszmar. Potrzebował pół litra, żeby móc złożyć myśli, lekko dopasować się do siebie i pić dalej. Budził sklepową o czwartej nad ranem, żeby kupić flaszkę, i wiedziała, że musi otworzyć, bo jak nie, zje jej psa, razem z budą. Jeszcze założył klub dla chłopaków ze wsi. Uczył ich boksu, gry na gitarze i tego, że wódka zabija. Mogli to sobie dokładnie obejrzeć. Jeszcze wzięli z Olą ślub. Myślała, że może dla Marka, tradycjonalisty, żona to będzie poważniejszy powód niż narzeczona, żeby przestać. Ale on biorąc ślub, już wiedział, że to koniec; że to najważniejsza rzecz, jaką w życiu robi, ale że i tak przegrał. Dwa tygodnie później usiadł i spróbował sobie wyobrazić świat bez siebie. Wyszło, że byłby lepszy, bez tego spustoszenia, które wokół sieje. To był ten moment, kiedy już wiadomo na pewno, że nic dobrego się nie może wydarzyć.

Rzeczywistość na trzeźwo jest ostra

Wisiał chyba dość długo. Ola z sąsiadem próbowali go reanimować, ale kiedy przyjechało pogotowie, powiedzieli, że już po nim. W karetce ożył. Bez wątpienia wdał się w to Pan Bóg, zresztą też Dyjaka kumpel. W tchawicy utknął pęcherz powietrza, który dotleniał mózg, kiedy wisiał. Obudził się po kilku dniach w śpiączce, nic nie pamiętał. W pobudzeniu alkoholowym pobił paru sanitariuszy, zanim udało się go zapiąć w pasy. Kolejny detoks, ale tym razem także pierwszy odwyk. – Po tym wszystkim wiedziałem, że nie będę pić, nie wiedziałem tylko jak – opowiada. – Na odwyku chciałem poznać chorobę, porównać doświadczenia z innymi. Zrozumiałem tyle, że w niepiciu chodzi o niepicie. To jest proste i potwornie trudne. Bo życie na bani jest lżejsze, na poślizgu, w swingu, w znieczuleniu. A rzeczywistość na trzeźwo jest ostra, jak wycięta żyletką.

To już prawie półtora roku jak zmartwychwstał. Znowu śpiewa, jeździ z koncertami po Polsce. Ma gotowy materiał na nową płytę. Zaśpiewał tam duet ze Stanisławą Celińską i „Jej portret” Włodzimierza Nahornego z akompaniamentem kompozytora.

 

Bał się, że tę barwę i intensywność daje wódka. Ale nie. Podejście do kariery też ma takie samo jak w poprzednim wcieleniu. – Wisi mi to. Mam 20 klubów, w których będę grał. Życie na wsi jest tanie. Na kiełbasę i papierosy nam wystarczy – deklaruje. – Nie muszę grać w każdym radiu ani robić z siebie pawiana w telewizji.

Próbuje odbudować dawne przyjaźnie, bo wódka większość poniszczyła. Dawni znajomi bali się, jak to będzie, bo pamiętali, że w poprzednim wcieleniu, kiedy nie pił, był potwornie nudny. Siedział tylko i patrzył tępo w telewizor. Ale nie, jest dokładnie taki sam, tyle że trzeźwy.

Niedawno mnie odwiedził i, jak to Marek, powiedział: za to, co narobiłem, masz prawo przypierdolić mi w ryj – opowiada Jan Wołek. Też się bał, że prawda, którą wszyscy się zachwycali, to nie Dyjak, ale gorzała, która przemawia ludzkim głosem. Na szczęście okazało się, że to jednak Dyjak.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj