Recenzja filmu: „Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu”, reż. Roy Andersson

Spełniająca się apokalipsa
Najsmutniejsze ze śmiesznych lub najzabawniejsze ze smutnych. Trudno pisać o filmach Roya Anderssona, bo ich koncept polega na poetyckim obnażeniu stanu kompletnej bezradności.
Świat Anderssona jest jak z pożółkłych kartek pocztowych.
Aurora Films/materiały prasowe

Świat Anderssona jest jak z pożółkłych kartek pocztowych.

Albo zatrważającej obojętności wobec tajemnicy istnienia. Przy czym nie chodzi o wymiar metafizyczny, tylko o zimną biologię – upiorną, odczuwaną, maskowaną na wszelkie sposoby pustkę, spod której wyziera czyste okrucieństwo i przemoc. Wrzucając do jednego worka pozornie niepasujące do siebie scenki, szwedzki reżyser dokonuje wiwisekcji lęków, słabości, mozołu żałosnej codzienności, przynoszących wieczne upokorzenie. Nikt nie spieszy na ratunek odzieranej ze skóry małpie.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną