Witaj, nocy

Porwanie w 1978 r. cieszącego się powszechnym szacunkiem polityka i wykonanie na nim egzekucji miało być sygnałem do ogólnonarodowego powstania, które jednak nie wybuchło i ostatecznie odwróciło sympatie opinii publicznej od ekstremistów.

Marco Bellocchio – reżyser „Witaj, nocy”, niedoszły filozof, krytyk mieszczańskiej moralności – sympatyzował w tamtych latach z lewackimi bojówkarzami i chętnie w swoich filmach wspomagał ten ruch, zajmując się np. obalaniem kultu rodziny („Pięści w kieszeni”). Po bez mała 30 latach Bellocchio zdradził ideały kontrkultury, przestał prowokować, nie jest już bojownikiem atakującym burżuazyjną mentalność. Docenił za to tradycyjne wartości rodzinne i więcej uwagi zaczął poświęcać wierze katolickiej, czego dowodem m.in. film o zabójstwie Moro.

W tym na pozór nudnym, pozbawionym elementów sensacji dramacie włoski reżyser unika pokazywania wydarzeń wprost, nie mówi, „jak do tego doszło”, ani kim są zamachowcy. Koncentruje się natomiast na wewnętrznych przeżyciach jednej z uczestniczek porwania (dobra rola May Sansa), która nie potrafi pogodzić okrutnych metod działania grupy z własną wrażliwością i odzywającym się w niej głosem sumienia.

W ramach realistycznej historii widz odnajduje nieoczekiwanie plan symboliczny. Rozliczenie czerwonych terrorystów dokonuje się w wymiarze mitycznym: wszyscy zostają przedstawieni jako ojcobójcy, którzy popełniają śmiertelny grzech rozbicia świętej rodziny.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj