Recenzja książki: Jarosław Mikołajewski, "Rzymska komedia"
Boska rzymska komedia
Spłacając dług Rzymowi, autor z „Boską komedią” w ręce wędruje po jego zakamarkach – po kościołach, galeriach, obrazach.
materiały prasowe

Podejrzewam, że nikt przytomny na umyśle – z wyjątkiem filologów klasycznych i jakichś niezidentyfikowanych maniaków – nie czyta dla przyjemności „Boskiej komedii”. 700-letni tekst sam w sobie jest niełatwy, a świat Dantego odległy jak planeta Aldebaran. No i kto dziś wierzy w te piękne bajki o kręgach piekielnych, mękach czyśćcowych i raju szczęśliwym... Jarosław Mikołajewski też nie wierzy, ale wierzy Dantemu, bo sam jako poeta wierzy poezji. I kocha Rzym, miasto, które ma za drugi dom – mieszka w nim od lat, jest szefem Instytutu Kultury Polskiej. Spłacając teraz dług Rzymowi, z „Boską komedią” w ręce wędruje po jego zakamarkach – po kościołach, galeriach, obrazach, rzeźbach, wzgórzach, ulicach i mostach, po całej historii miasta i historii jego sztuki – jak po piekle, czyśćcu i raju zarazem, przymierzając wybrane wersety kolejnych pieśni poematu do wszystkiego, co mu się z Rzymem w tych wędrówkach kojarzy.

Czasem te skojarzenia są bliskie i wprost, czasem całkowicie dowolne. Ale pamiętajmy: jak niegdyś Wergili Dantego, tak teraz nas, czytelników, prowadzi przez Rzym-świat poeta. Czyli ktoś, kto mocą wyobraźni bez trudu przekracza umowną geometrię konwencji i wcale mu nie zależy na powtórce z turystycznego przewodnika. Tak zwane podróże intelektualne nie są żadnym odkryciem, ale przeczytać jedno arcydzieło, jakim jest Rzym, przez drugie arcydzieło, jakim jest „Boska komedia”, mógł tylko poeta-erudyta ugodzony w samo serce przez miasto i słowo jednocześnie.

Jarosław Mikołajewski, Rzymska komedia, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2011, s. 416

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj