Odmieniony Auster

Paul Auster uchodzi za pisarza intelektualnego i metafizycznego, za najbardziej europejskiego spośród pisarzy amerykańskich.

Myślę, że te etykietki go bawiły, ale też trochę mu doskwierały i nudziły przez swoją powtarzalność – już od jakiegoś czasu widać, że próbuje coś w swojej prozie zmienić. Pewnie z przekory, ale też dla żartu. Zaczyna teraz pisać tak, jakby nie chciał dłużej być chłodnym analitykiem ludzkiej samotności, jakby zależało mu na tym, by z jego prozy promieniowało teraz ciepło i radość życia.

Już jego poprzednia powieść, „Noc wyroczni”, sygnalizowała nadchodzące zmiany, ale z całą siłą ujawniły się dopiero teraz w „Szaleństwach Brooklynu”, książce, której polska premiera odbywa się równolegle ze światową. Na czym one polegają? Mówiąc prosto i obrazowo na tym, że to, co dotąd było w prozie Austera ostre, teraz jest miękkie, co było chłodne – jest ciepłe, co było analityczne – jest żywiołowe i uczuciowe. Tak jakby autor „Trylogii nowojorskiej” nie chciał imponować i wzbudzać podziwu, tylko być pisarzem po prostu lubianym, takim, który wzrusza i dzieli się z czytelnikami swoim życiowym optymizmem.

Wprowadził narratora, który zaczyna swój wywód od zdania: „Szukałem jakiegoś spokojnego miejsca, gdzie mógłbym dokonać żywota”. Po przeczytaniu takiej deklaracji i dysponując wiedzą o jego śmiertelnej chorobie, możemy spodziewać się najgorszego, a tymczasem – w miarę lektury – okazuje się, że pogrążamy się w klimacie bliższym prozie Nicka Hornby’ego niż znanego nam dotąd Austera. Bohater nie znajduje spokoju, ale poznaje miłych ludzi, przypadkowo odnajduje długo niewidzianego siostrzeńca, wokół niego nawiązują się nowe związki uczuciowe, naprawia swoje kontakty z córką, zakochuje się i – co najważniejsze – przezwycięża chorobę.

Oczywiście nic nie dzieje się tak prosto, jak w tym jednozdaniowym streszczeniu, wszyscy przeżywają sporo rozmaitych perypetii (jest nawet wątek o sensacyjnym zabarwieniu), ale całość konsekwentnie zmierza ku szczęśliwemu i krzepiącemu finałowi. I tylko jeszcze jeden szczegół – akcja powieści kończy się na czterdzieści sześć minut przed tym, jak pierwszy samolot uderzył w WTC... Czy to sugestia, że Auster wykorzystał ostatni moment, w którym można było opisywać takie miłe historyjki o sympatycznych ludziach i od tej chwili nic już nie będzie takie jak wcześniej?

Paul Auster, Szaleństwa Brooklynu, przełożył Jerzy Kozłowski, wydawnictwo Rebis, Poznań 2005, s. 280

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj