Recenzja książki: Justin Marozzi, „Bagdad. Miasto pokoju, miasto krwi”

Założone przez Boga
Pozbawiona cech reporterskich opowieść mknie wartko.
materiały prasowe

Konie potykają się o piękne twarze/martwych, a skóra wokół kopyt jest umazana krwią./Tratują wątroby odważnych młodzieńców,/kopytami miażdżą ich czaszki” – tak opisywał ulice Bagdadu poeta Al-Churajmi, i nie był to opis odosobniony. Etymologicznie rzecz biorąc, Bagdad jest „miastem założonym przez Boga”, ale ten szybko je opuścił, skazując mieszkańców na fale podbojów, klęsk żywiołowych, epidemii i głodu, przy których bledną apokalipsy Zachodu. Jednak znał Bagdad i piękniejsze chwile. Jego klimat dorównywał czasami „życiodajnym wietrzykom raju”, jego żyzna gleba miała „zapach bursztynu”, a „ogrody były pełne cudnych dziewcząt”, jak pisał Anwari. I rzeczywiście, między 762 a 833 r. podczas panowania Abbasydów Bagdad był żywą scenografią „Księgi tysiąca i jednej nocy”, skrzyżowaniem dróg Wszechświata, centrum nauki, sztuki, handlu, magnesem dla inteligencji i kupiectwa od Dalekiego Wschodu po Atlantyk.

Justin Marozzi, Bagdad. Miasto pokoju, miasto krwi, Czarne, s. 536

Książka do kupienia w sklepie internetowym Polityki.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną