Fragment książki "Doskonały smak Orientu"

 
W Kantonie, zwanym po chińsku Guangzhou, spacerowaliśmy w kilkuosobowej grupie. Nowoczesne centrum miasta jest zupełnie nieciekawe. Szare betonowe blokowiska mieszkalno-biznesowe przytłaczają zagranicznych przechodniów swoją brzydotą. Styl już niby odległy od dawnego komunizmu, ale brak jasnych kolorów i pewnej architektonicznej radości znanej w Europie sprawia, że nawet krótka wizyta wydaje się zbyt długa. Tak jakby monotonię szarych mundurków, noszonych przez ludzi w epoce Mao, zastąpiono monotonią szarych budynków. Intrygujący, miejscowy koloryt jest gdzie indziej. Całkiem niedaleko, na targu Qingping, położonym przy gwarnej ulicy Qingpinglu. Trafiliśmy tam przypadkowo, bynajmniej nie planując wizyty w miejscu, które szokuje ludzi z Europy czy Ameryki.

Oczywiście każdy gdzieś już czytał lub słyszał, że Chińczyk potrafi zjeść wszystko, co lata, z wyjątkiem samolotu, lub wszystko, co ma cztery nogi, z wyjątkiem stołu. Co innego jednak słuchać egzotycznych historyjek, a co innego doświadczyć czegoś osobiście. Na Qingping mogą ciekawić dania z węża, leniwca, sowy czy nawet małpy. Dla Europejczyka to stworzenia jakby neutralne etycznie, to znaczy ich smak może być dla niego obrzydliwy, ale nie odczuwa bynajmniej wielkiego żalu z powodu ich śmierci. Z kotem lub psem – inaczej. Kiedy stanęliśmy przed jednym z miejscowych straganów, gdzie serwowano świeże mięso, każdy z nas po prostu zamilkł. Głupawe żarty o orientalnych smakołykach wydawały się trochę nie na miejscu. Przed nami wisiały na hakach psy, a raczej to, co z psów zostało po ściągnięciu z nich skóry. Podobnie jak w bratniej kulturowo Korei, tradycyjny sposób zabijania psa dla celów spożywczych jest w Chinach dość skomplikowany i okrutny. Zwierzę wiesza się za nogi, następnie okłada grubym kijem aż do utraty przytomności, wreszcie dobija odpowiednim ciosem w głowę. Podobno mięso jest wtedy znacznie delikatniejsze i smaczne.

Wizyta na bajecznie kolorowym targu Qingping wzbudza określone uczucia wśród Europejczyków. Jedzenie psiego mięsa w zachodnim postrzeganiu świata zbliża się bowiem niebezpiecznie do kanibalizmu. Reakcja moich towarzyszy nie była więc w żaden sposób zdumiewająca; Chińczycy, podobnie jak i ich kulinarni bracia – Koreańczycy, są barbarzyńcami. Nie sposób nawiązywać normalnych, ludzkich kontaktów z tymi, którzy łamią nasze tabu. Całkowicie oficjalnie wyraził to przed mistrzostwami świata w piłce nożnej w Korei i Japonii szef FIFA Joseph Blatter. Będąc zapewne pod wrażeniem dziesiątków tysięcy listów, napływających do Międzynarodowej Organizacji Piłkarskiej, w których protestowano przeciw „orientalnemu barbarzyństwu”, Blatter zwrócił się do władz koreańskich ze swoistym etycznym posłaniem. Apelował, aby położyć kres okrutnemu traktowaniu – jak się wyraził – najlepszego przyjaciela człowieka. Odpowiedź Koreańczyków była zdecydowana: pies jest tradycyjnie WASZYM przyjacielem, a nie NASZYM.

Wobec takiego dictum wszelkie apele nie mają już sensu, jednak dla złagodzenia twardego stanowiska kulinarno-kulturowego koreański MSZ planuje akcję informacyjną na temat obyczaju jedzenia psów. Ma to pomóc w zrozumieniu odmiennych zwyczajów, które wydają się odrażające dla ludzi z innej cywilizacji. Ale na tolerancję i zrozumienie w żaden sposób liczyć nie można. Dostrzegłem to jeszcze w Chinach. Moi znajomi, którzy byli świadkami procederu przygotowania psiego mięsa do sprzedaży, nigdy zapewne nie wykażą zrozumienia dla tego typu egzotycznej gastronomii. Odmienne obyczaje dotykają tutaj bowiem przekonań etycznych, których nie można – ot tak sobie – zmieniać mimo najbardziej nawet szlachetnych apeli o tolerancję.

Kwestia bariery etyczno-kulinarnej poruszana jest także na specjalnych szkoleniach dla menadżerów i przewodników w Chinach. Obsługa gości z Zachodu, płacących dewizami, musi przebiegać bez zakłóceń, a to z kolei oznacza staranne maskowanie swoich preferencji kulinarnych w kontaktach z Amerykanami, Francuzami, Niemcami czy Polakami. Oczywiście nie chodzi tu o rezygnację ze swoich upodobań do tradycyjnej kuchni, ile o sposób reagowania i odpowiadania na pytania cudzoziemców.

Lin, z którą wielokrotnie współpracowałem w południowych Chinach, doskonale rozumiała ten złożony problem. W kontaktach z ludźmi Zachodu przybierała – zresztą zgodnie z wytycznymi centrali – łatwe do zapamiętania imię Laura. Mówiła świetnie po angielsku i francusku, wiedziała sporo o Europie, doskonale opowiadała specjalnie przygotowane przez chińskich menadżerów dowcipy, które rozśmieszały klientów z bogatszej – póki co – części świata. Razem z Laurą-Lin zwiedzaliśmy otoczony bajecznymi wzgórzami krasowymi Guilin, uczestniczyliśmy w nocnych spektaklach łowienia ryb przez kormorany, płynęliśmy cudowną rzeką Li do Yangshuo, gdzie wszyscy biali tradycyjnie wydawali setki dolarów na najdziwaczniejsze wytwory chińskiej cepelii. Właśnie w Yangshuo Laura-Lin za każdym razem znikała wieczorem na kilka godzin. Oczywiście nikt nie zwracał uwagi na jej nieobecność, bowiem zakupy i targowanie się stanowiły dla wszystkich rozrywkę, która trwała niemal do północy.

Gdy przyjechałem do Yangshuo po raz trzeci, natknąłem się przypadkowo na Laurę-Lin w jednej z miejscowych restauracyjek, położonych z dala od turystycznych szlaków. Siedziała samotnie przy stoliku oświetlonym brudną żarówką i jadła. Obydwoje w pierwszej chwili byliśmy zaskoczeni spotkaniem. Trudno było udawać, że się nie widzimy, dlatego też przysiadłem się do stolika. Laura-Lin bardzo szybko wzięła talerz z niedokończonym jeszcze daniem i zaniosła na zaplecze, potem wróciła na swoje miejsce. Oboje czuliśmy się niezręcznie. Zrozumiałem, że spotkałem Laurę-Lin w sytuacji, której wolałaby uniknąć. Rzecz była zupełnie absurdalna. Dziewczyna była przecież u siebie w kraju, jadła potrawę, którą lubiła, ale zarazem pamiętała zapewne o szkoleniach w centrali, kiedy ostrzegano pracowników branży turystycznej o niebezpieczeństwach dyskusji z białymi o niebanalnie tradycyjnych chińskich potrawach. Laura-Lin, zgodnie z wytycznymi, pomyślała, że mogę ją uznać za barbarzyńcę. Kiedy bowiem popatrzyłem uważnie na wyszynk, a później na stojące obok jadalni stoliki garmażeryjne, zdałem sobie sprawę, że to miejsce dla miłośników psiego mięsa. O nic jednak nie pytałem, tyle że milczenie jest czasami wymowniejsze od rozmowy. Laura-Lin wiedziała, że ja wiem. Niczego nie dało się już cofnąć.

Od czasu tamtego przypadkowego spotkania w restauracji nasza współpraca zaczęła się psuć. Niby chodziło o rzeczy banalne, zupełnie niezwiązane z barierami kulinarnymi, a może to wszystko było jedynie specyficznym zbiegiem okoliczności... Jakiś czas później uznaliśmy, że współpracę należy zakończyć. Zresztą nie ukrywam, że zawsze czułem się trochę nieswojo, rozmawiając z człowiekiem, który bardzo lubi psie mięso.

W Islamabadzie ambasada RP organizowała przegląd polskich filmów. Oczywiście dla pakistańskich muzułmanów kultura jakiejś egzotycznej Polski mogła być – chociaż na chwilę – czymś intrygującym, dlatego nie miałem problemu z przekonaniem kilku przyjaciół, żeby wybrali się ze mną do kina. Zestaw filmów był raczej kiepski, ale jeden z nich pozostał na pewno w pamięci miejscowych widzów. Dość tendencyjne przedstawienie walki zbrojnej w latach 1946–1947 było mało zrozumiałe dla Pakistańczyków, za to największe wrażenie wywarła scena, na którą ledwie zwróciłby uwagę Europejczyk. W pewnym momencie na ekranie pojawiła się niewielka drewniana chałupa, w środku siedmiu czy ośmiu partyzantów siedzących wokół stołu – wszyscy gadali i kurzyli papierosy. Nagle ktoś otworzył drzwi i wniósł gorące danie: był to pieczony prosiak. Na sali usłyszałem szmer niedowierzania. Gdy filmowi partyzanci zaczęli kroić prosiaka i wkładać kawałki mięsa do ust, szmer przeszedł w hałas. Siedzący obok mnie Pakistańczycy popatrzyli na mnie, potem na ekran i znowu na mnie. Jako przedstawiciel obcej cywilizacji musiałem czuć się jak Laura-Lin przyłapana na konsumowaniu dania z mięsa psa. Oczywiście dla wyznawców islamu wieprzowina jest mięsem najbardziej nieczystym z nieczystych. Spożywanie czegoś takiego to jakby kanibalizm.

Po skończonym seansie nie rozmawialiśmy o skomplikowanej sytuacji politycznej w Polsce w latach czterdziestych, lecz o kulinariach. Pytania mogły dotyczyć tylko jednej kwestii. Czy to była świnia? Czy oni naprawdę jedli świnię? Jak to świnię? Taką dziką świnię, której pełno w lasach? Jak to, hodujecie świnie? Macie u siebie w kraju normalną hodowlę świń? I co, ty też jadasz mięso świni?

A jak wygląda taka hodowlana świnia? Na parę godzin stałem się niemal uosobieniem kultury kulinarnej mojego kraju, to znaczy nieczystym świniożercą. Niby rozmowa odbywała się w konwencji żartu, lecz mimo wszystko czułem nad sobą delikatną mgiełkę oskarżeń o barbarzyństwo wytworzoną przez moich muzułmańskich przyjaciół.
 
Profesor Balbhadra Tiwari przebywał w Polsce dwa lata. Wykładał w Instytucie Orientalistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Profesor pochodzi z klasy braminów i nie jada mięsa w ogóle. Ten fakt miał pewne konsekwencje podczas spotkań towarzyskich, kiedy musiał wyjaśniać ludziom obcej mu wiary nieco złożoną problematykę religijnej diety. Dość często pojawiały się nieśmiertelne pytania o świętą krowę, ponieważ akurat „święta krowa” jest zjawiskiem, o którym polscy rozmówcy wielokrotnie słyszeli. Początkowo takie pytania profesora nawet bawiły, ale później – jak mi wyznał – zrozumiał, że w samym pytaniu oprócz ciekawości tkwiła nutka pogardy, a może podejrzenie o uleganie jakimś dziwacznym zabobonom. No bo dlaczego nie jeść wołowiny? Czy to nie śmieszne, a nawet wręcz absurdalne, że zwierzę jest „święte”?

Takie samo założenie przyjęła jakiś czas temu grupa europejskich specjalistów FAO, która uznała, że najlepszą metodą zlikwidowania niedoboru białka w Indiach jest regularne spożywanie wołowiny. Usunięcie „religijnego zabobonu” rozwiązałoby – do pewnego stopnia przynajmniej – kłopoty zdrowotne i żywnościowe na subkontynencie. Cały problem jednak w tym, że jak pies w świecie Zachodu, tak krowa w Indiach jest właśnie „najlepszym przyjacielem człowieka”. Więcej nawet: jest niezwykłym darem Boga samego. Słowo pańczagawja w sanskrycie oznacza pięć darów krowy, spośród których mleko, jogurt czy masło umożliwiają egzystencję każdemu indyjskiemu wieśniakowi. Owa świętość jest więc ściśle związana z życiem doczesnym, które zapewnia człowiekowi Bóg poprzez akt stworzenia przyjaznego człowiekowi zwierzęcia.

Dla profesora Tiwariego zabicie krowy w Indiach jest barbarzyństwem. Gdy dochodzi do zamieszek religijnych między hindusami a muzułmanami, bardzo często jedną z pierwszych ofiar jest właśnie krowa, której trupa podrzuca się na próg świątyni hinduistycznej. To symbol, a raczej znak pogardy względem hinduizmu. Skoro jednak zabicie krowy w Indiach jest barbarzyństwem, to co myśleć o Europie spożywającej regularnie wołowinę? Profesor Tiwari nie odpowiedział wprost na to pytanie. Prawdopodobnie nie chciał urazić swoich polskich gospodarzy. Nawet żartem.

W globalnym świecie każdy jest dla kogoś kulinarnym barbarzyńcą. Jedynym rozwiązaniem wydaje się ścisły wegetarianizm. Ale nawet i w takim przypadku gorący protest podniosą skrajni wyznawcy dżinizmu, starożytnej religii Indii. Dla dżinistów bowiem spożywanie roślin jest także niszczeniem pewnej formy życia. Dlatego też niektórzy spośród nich wybrali radykalne rozwiązanie problemu – aby nie uśmiercać żadnej żywej istoty, skazywali samych siebie na śmierć głodową. Paradoksalnie, samobójstwo z głodu byłoby według takiej filozofii najwyższym poświęceniem dla ratowania życia.

Mimo pewnego podziwu dla takiej postawy można mieć niejakie obawy, iż w dzisiejszym świecie wersja dżinijska byłaby raczej mało akceptowanym pomysłem likwidacji problemu kulinarnych barbarzyńców.
  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj