Fragment książki "Pitawal PRL-u"

  
Jak każdy poznaniak, przeżyłem bardzo wydarzenia z czerwca 1956 r. Nie dziwiłem się, że właśnie w Poznaniu doszło do pierwszego znaczącego wystąpienia przeciwko komunistycznej władzy. Nadużywanie przemocy, gwałcenie prawa, nie wywiązywanie się przez państwo z obowiązków gospodarza i pracodawcy musiało właśnie tu skończyć się eksplozją rewolucji. O dostaniu się na procesy uczestników tych wydarzeń (jesień 1956 r.) nie było mowy. Publiczność dobierano ostrożnie i starannie. Pozostawało radio z jego obszerną transmisją z poznańskich sądów. Z przejęciem i zazdrością słuchałem przemówień obrońców. Powinienem być wśród nich! Kiedy mecenas Stanisław Hejmowski mówił: „W centrum Europy, w państwie, które chlubi się wielowiekową tradycją demokracji i praworządności, staje dziś przed sądem oskarżony i dziękuje władzom, że go nie bito w śledztwie” poruszył mnie (i nie tylko mnie) głęboko i wycisnął łzy.

Rok 1956 otworzył przede mną, dotąd zamkniętą, drogę do palestry. Nie dostałem się do niej za pierwszym startem, ponieważ komisja adwokacka stawiała pytania, którym trudno było sprostać, na przykład jak są zorganizowane największe giełdy Europy, kiedy odsłonięto jaki pomnik w Warszawie i czyjego jest dłuta, lub jakie opery napisał Mozart. Zabrakło mi dwóch punktów na możliwych trzydzieści i dopiero w następnym, 1960 r. zostałem aplikantem Zespołu Adwokackiego nr 2 w Warszawie. W adwokaturze znalazłem się w czasie niełatwym. Najnowsze zmiany ustawodawcze, w tym wysokie dolne progi kar, uczyniły obronę utrudnioną, a do zawodu napłynęły nierzadko osoby z krwią na rękach (stalinowscy sędziowie i prokuratorzy usunięci teraz ze służby).

Znikały prywatne kancelarie i zastępowały je biurokratyzowane szybko zespoły adwokackie. Adwokaturę nękano domiarami podatkowymi i postępowaniami dyscyplinarnymi z byle powodu. Na salach sądowych pieniło się obyczajowe chamstwo. Sędziowie nietaktownie strofowali i upokarzali nawet najstarszych adwokatów, co dopiero adwokacką młodzież. Uważali obrońcę za poplecznika przestępcy i tak też traktowali. Wprawdzie zrezygnowano z początkowej tezy, według której adwokat jest w socjalistycznym sądzie zbędny, bo sędzia i tak sam uwzględni wszelkie okoliczności łagodzące, ale coś z tego przekonania ciągle pozostało.

Jedną z pierwszych spraw, jakie przyszło mi prowadzić, była obrona inwalidy wojennego pozbawionego lewej ręki, który jako sekretarz gminy zdefraudował ponad pięćdziesiąt tysięcy złotych. Zmusiły go do tego: liczna rodzina, głodowa pensja i nagła, a kosztowna choroba żony. Miał więc obrońca o czym mówić, ale ówczesny miecz represji spadał ślepo, na każdego bez różnicy. Jeżeli defraudant przekroczył pięćdziesiąt tysięcy złotych, musiał na co najmniej pięć lat zniknąć ze świata wolnych. Żadnych okoliczności łagodzących nie brano pod uwagę. Wyliczenie szkody wyrządzonej przez mego klienta było niedbałe, dokumentacja miejscami nieczytelna, na tym więc skoncentrowałem swój atak. Sędzia osadził mnie krótko i brutalnie: „Jeśli nie umie pan czytać, niech nie przychodzi pracować w sądzie”, i wymierzył karę pięciu lat. Opuszczałem sąd upokorzony, bezsilny, przybity. Moją rewizję do Sądu Najwyższego uwzględniono, lecz podsądny jej nie dożył. Umarł w więzieniu ze zgryzoty. Zrozumiałem wówczas, że Październik ’56 zmienił wiele, ale nie wszystko.

Po pierwszych rozczarowaniach stawiałem sobie pytanie, jak długo wytrzymam w tym poniewieranym zawodzie? Z pomocą przyszły mi inne zainteresowania. W obronie ludzi starych w pierwszym odruchu chwyciłem przypadkowo za pióro. Zamieszczono mój pierwszy tekst w dzienniku PAX, w „Słowie Powszechnym”, a ówczesna szefowa tego pisma zaproponowała mi dalszą współpracę. Pojąłem, że można także na innym, nie sądowym forum bronić ważnych racji. W „Słowie Powszechnym” nie zabawiłem długo, zostałem doradcą prawnym „Sztandaru Młodych”, często piszącym felietony społeczno-prawne. Legitymacja dziennikarska to był wówczas glejt na uprzejmie traktowanie, nawet w sądach. Dziennikarzy bano się, choć jednocześnie władze polityczne represjonowały każde ich ideologiczne potknięcie czy niesubordynację. Gazety studiowali uważnie ministrowie i sekretarze Komitetu Centralnego, a przedstawienie sprawy na łamach prasy gwarantowało ich (różne w skutkach) zainteresowanie.

Z początkiem lat siedemdziesiątych próbowałem szczęścia w warszawskiej „Kulturze”. Stanąłem wówczas w obronie rolnika z Kieleckiego, który znalazł się przed sądem pod zarzutem najstraszniejszym z możliwych: zabójstwa starych rodziców. Proces był poszlakowy, ale poszlaki nie układały się w spójny, przekonywujący łańcuch, a liczna rodzina ofiar i oskarżonego z ogniem broniła jego niewinności. Podsądny został skazany na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności. Jednakże publiczna krytyka tego wyroku w „Kulturze” spowodowała w niemałej mierze rewizję nadzwyczajną pierwszego prezesa Sądu Najwyższego. Mimo sprzeciwów prokuratora generalnego, oskarżony został uniewinniony przez siedmiu sędziów Sądu Najwyższego. Czy miałem wówczas rację? Nie dowiem się tego nigdy. Broniłem zasad praworządnego procesu, ale czy nie wybroniłem czasem mordercy?

Wiem, że prokuratura i MO rozpoczęły penetrację mego środowiska, by zdobyć dowody, że wprawdzie bronię ludzi, ale biorę za to pieniądze. Z tej ubeckiej inwigilacji nic nie wyszło, a przesłuchiwani świadkowie oburzali się na samo takie przypuszczenie, w lot pojmując montowaną prowokację. Prokurator generalny pozostał moim konsekwentnym wrogiem (był również mym kolegą z Uniwersytetu Poznańskiego).

Nie popadając w przesadę i samozadowolenie, nie bez satysfakcji mogę napisać też dzisiaj, że moja krytyka pierwszego roboczego projektu ustawy o pasożytnictwie (rok 1970) odsunęła na długo końcowe prace ustawodawcze nad tym poronionym pomysłem (do 1982 r.). Bywało oczywiście gorzej. Mój atak na przygotowywane zmiany w ustawodawstwie karnym spowodował wściekłość ówczesnego sekretarza KC Franciszka Szlachcica i zerwanie mego kontaktu z „Kulturą”. Przygarnęła mnie nowo powstała „Gazeta Sądowa”, fachowe pismo wydawane przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Margines dopuszczalnej krytyki był tu oczywiście znacznie węższy, za to możliwość zdobywania informacji znacznie większa. Ta sprzeczność skończyła się moim kolejnym, inspirowanym przez KC zwolnieniem.

Popołudniówka „Kurier Polski” potrzebowała publicysty prawnego, a pewna autonomia tego dziennika (stanowił własność Stronnictwa Demokratycznego) pozwoliła na moje zatrudnienie. Już wkrótce uzyskałem też drugie niespodziewane zajęcie. Jerzy Urban, ówczesny kierownik działu krajowego tygodnika „Polityka” zaproponował mi stały felieton pod tytułem Paragraf pierwszej potrzeby. Tak zostałem współpracownikiem najbardziej poczytnego tygodnika w kraju.
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj