Jean-Paul Sartre
To były duże, przedwojenne, dwuskrzydłowe drzwi. Wysokie, pokryte grubym kożuchem farby o nieokreślonym, jakby kremowym kolorze. Z zewnątrz przyozdobione mosiężną, zdobioną klamką, od wewnątrz kryształową gałką.
Te drzwi zawsze skrzypiały. Nikt ich nigdy nie naoliwił. Wszystkie drzwi w tym wielkim mieszkaniu skrzypiały. To skrzypienie było nieodłączną częścią kosmosu tego domu, jego tajemniczą wokalizą, melodią. Zawsze, kiedy jako mały chłopiec, wchodziłem do tego mieszkania, to przez chwilę wsłuchiwałem się w tę melodię – tęskną i płaczliwą.
Ale nie znałem jej wtedy, nie kojarzyłem jej z niczym. Dopiero po latach, kiedy zobaczyłem, zupełnie przypadkowo, ten film w telewizji, usłyszałem to wyraźnie.
To były pierwsze takty z „Love Story”. Te drzwi skrzypiały o miłości. Drzwi od tego mieszkania. Tamtego mieszkania.
A potem – widzę to teraz jakby w zwolnionym tempie – wchodziłem do wielkiego korytarza o nieregularnym kształcie, z którego rozchodziły się na boki pomniejsze korytarzyki i przedsionki, niczym uliczki z paryskiego placu.
I wejścia do poszczególnych pokojów. Drzwi do pokojów. Podobne do tych wejściowych, tylko z matowymi szybami z grubego szkła, jakby to były chropowate, zamrożone lodowe tafle. Zawsze będę pamiętać cienie ludzi za tymi szybami. Zamglone i zamazane. Zbliżające się do mnie i oddalające. Dalekie kształty, wspomnienia.
Ogromne, ciemne mieszkanie. Pięć pokojów, służbówka, łazienka z dzwonkiem na służbę i wielka kuchnia ze spiżarką, gdzie wielki, zdechły szczur, kiedyś, jak była zima. Pamiętam tego nieżywego szczura, leżącego pośród weków, i chłód zimy przenikliwy, kiedy byłem mały.