Nie ma pięknych kobiet. To znaczy są oczywiście, ale mogę się założyć, że każda z nich znajduje u siebie mankament w postaci garbka na nosie, zbyt dużego obwodu w kolanach albo za długich siekaczy. Nie ma surowszego sędziego od kobiety, która przeglądając się w lustrze, rzadko kiedy czuje, że wygląda perfekcyjnie. Płeć piękna sadystycznie ocenia nie tylko walory własne, ale niczym rentgen prześwietla inne kobiety. W autolustracji i lustracji wzajemnej przyjmuje się kryteria tak wyśrubowane, że mało która z pań jest w stanie wyjść z niej bez szwanku. Co najwyżej zbliżyć się do ideału. Będącego, rzecz jasna, sprawą względną.
Mężczyźni podchodzą do tej sprawy z dużo zdrowszym dystansem. Nawet ci modnie ubrani i zadbani, czyli metroseksualni, z pewnością nie przejmują się kwestią za grubego kolana. Chyba że kolano to nic przy słoniowatych uszach, mikrym wzroście, wyłupiastych oczach itd., itp. połączonych w całość godną Quasimodo, czyli potwornego dzwonnika stworzonego przez Victora Hugo. Ułomny dzwonnik wyróżniał się jednak złotym sercem, dzięki któremu zaskarbił sobie sympatię pięknej Cyganki Esmeraldy. Dlatego też zakompleksiony bohater powieści Richarda Milleta nie do niego się porównuje, lecz do innej hugowskiej postaci – koszmarnie okaleczonego Człowieka Śmiechu.
„Upodobanie do brzydkich kobiet” nie mówi więc o niedoskonałych kobietach, lecz o dylematach szpetnego mężczyzny. Mężczyzny, który z góry zakłada, że nie ma żadnego wyboru, postanawia więc szukać więc swojej połówki wśród niewiast równie zakompleksionych. Rezultat zejścia się ludzi skrajnie niepewnych siebie łatwo przewidzieć. Co więcej, żeby zapobiec ewentualnym wyjątkom, bohater bacznie śledzi, czy aby jedna ze stron nie zaczyna się angażować i jeśli tak się dzieje – natychmiast kończy związek.