Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Fragmenty książek

Fragment książki „Białystok. Biała siła, czarna pamięć”

Wydawnictwo Czarne / mat. pr.
Specjalnie posadziliśmy tak dużo drzew, by jeszcze ładniej było.

Marek Bałasz, emerytowany dziewięćdziesięciodwuletni były architekt miejski, zamawia buzę, lokalny przysmak na bazie kaszy jaglanej. Siedzimy na Rynku Kościuszki, na tyłach muzeum Lechowskiego, w ogródku kawiarni Esperanto.

Ściska oburącz drewnianą laskę, patrzy w zamyśleniu w niebo i próbuje sobie przypomnieć, jak to było, gdy macewy stały jeszcze pod gołym niebem.

– Kozy tam chodziły, to co było robić… – mówi ze szczerym uśmiechem.

Pochodzi z Wilna, jego ojciec – prawosławny, brat ojca – katolik, trudno rozplątać, jak się te wiary w rodzinie pomieszały. Bałasz walczył w Armii Krajowej, potem został siłą  wcielony do Armii Czerwonej. Po wojnie skończył architekturę w Poznaniu, z nakazu pracy trafił do Białegostoku.

– To był 1954 rok – mówi – same gruzy, te kozy, a jeszcze pijaki srali na te macewy, nikt nie pilnował. Żal mi było cmentarza, szczerze panu mówię, a nikt nie miał głowy, by to wykopać, przenieść. Wymyśliłem, by go zasypać. Po prostu, tak jak stoi. To się w głowach nie mieściło, ale koło placu miała stanąć siedziba Komitetu Wojewódzkiego PZPR. W mieście pełno gruzu, mówię więc towarzyszom: „taki piękny dom partii się buduje, a tu takie śmietnisko na cmentarzu”. Pytają, co robić, mówię, że trzeba zasypać. Sekretarz, czy kto to był, kiwał głową z aprobatą, ale patrzył w drugą stronę, bo wszyscy czuliśmy, że to powinno być inaczej zrobione. Jak przyjechały spychacze, koparki i gruz zwożono, to była tam tabliczka w jidysz, żeby nie wchodzić, bo to cmentarz, no to powiedziałem ekipie: „uszanujcie napis, zasypujcie równo”. Czasami, jak operator łyżką brał głęboko, to coś tam wyjął, no ale wiadomo, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.

Reklama