Fragment książki „438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom”
Wjazd
Ogaden, czerwiec 2011
MARTIN: Bramy hotelu rozwierają się ze zgrzytem. Ostatni rzut oka na pojemniki z wodą: każdy z nas ma czterolitrowy worek na plecaku i manierkę u pasa. Pięć litrów na głowę powinno wystarczyć na pierwszą krytyczną dobę. Jest pewien problem ze wszystkimi obliczeniami wodnego balansu: im więcej wody się niesie, tym więcej się jej zużywa. Zupełnie niezależnie od kondycji.
Toyota Hilux czeka z nosem zwróconym ku ulicy, z dziesiątką szkolonych przez ONZ ochroniarzy na pace. Za pick-upem stoi nasz biały land cruiser. Kierowca jest już na miejscu. Nasz załatwiacz jest dzisiaj wyjątkowo też zaopatrzony w AK-47, „just in case”. Między nogami trzyma białą plastikową torbę pękatą od świeżych liści khatu. Czoło ma już zroszone potem.
– Wskakujcie i jedziemy – mówi.
W szybkim tempie mijamy minarety, blaszane budy i domy z suszonej gliny. Na co drugiej fasadzie widać ślady kul. Droga jest opustoszała, czasem widać tylko kilkoro bawiących się dzieci i jakąś kozę. Kurz, który już przeniknął pod koszulę, zmieszany z potem jest jak papier ścierny. Zatrzymujemy się przed jakąś dziurą w ścianie z pompą i napełniamy cztery zapasowe kanistry olejem napędowym w zamian za parę wymiętoszonych dolarów.
W lusterku wstecznym widzę, jak w ślimaczym tempie wymija nas zielono-czarny land cruiser z przyciemnionymi szybami i logotypem Somali Telecom. Z dachu sterczą mu cztery grube anteny.
– Co to za wóz? – mówię do Johana. – Patrz na te anteny.
– No co, jakaś pieprzona spółka telefoniczna – rzuca z irytacją.
Land cruiser znika w bocznej ulicy. Strach i niepewność są w gruncie rzeczy pożyteczne.