Energia i mrok

Z jednej strony to zasługa wiernych fanów (w Polsce w latach 80. powstała nawet odrębna subkultura depeszowców), z drugiej, co oczywiste, samego zespołu, który potrafi iść z duchem czasu nie tracąc swojej utrwalonej przez lata stylistycznej tożsamości.

Wspomagany elektroniką rock nie jest, jak wiadomo, wynalazkiem Martina Gore’a i jego kolegów, ale mało kto przed nimi tak umiejętnie łączył brzmienie syntezatorów i gitar, by wychodziła z tego muzyka zarazem przebojowa i wysoce klimatyczna. No, a do tego jeszcze głos Davida Gahana – wartość sama w sobie. „Playing The Angel” nawiązuje do wcześniejszych dokonań (np. znakomitej płyty „Violator” z 1990 r.), wprowadza też pomysły całkiem nowe, ale na specjalną uwagę zasługuje gra nastrojami – niezwykłe przechodzenie od energetyzującego, niemal marszowego rytmu („A Pain That I’m Used To”, „John The Revelator”) do mrocznej, choć niepozbawionej mocy melancholii („The Sinner In Me”).

Na stronach internetowych już trwa ożywiona debata fanów, czy „Playing The Angel” to najlepsza płyta Depeche’ów. Lepszej rekomendacji chyba nie trzeba.

Depeche Mode, Playing The Angel, EMI

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj