Nowy Bonamassa na piątkę
Album nie zawodzi oczekiwań.

Joe Bonamassa od dawna należy do grona moich ulubionych blues rockowych gitarzystów. Na jego nową płytę czekałem z niecierpliwością, podsycaną jeszcze wspomnieniem jego koncertu w Polsce (dwa lata temu, w Ostrowie Wielkopolskim; poza niewielkim gronem oddanych fanów reszta obywateli IV RP nawet tego nie zauważyła, a szkoda).

Album „Sloe Gin” nie zawodzi oczekiwań. Na pierwszym planie jest naturalnie świetnie brzmiąca gitara Bonamassy, ale dodam, że jako wokalista daje sobie również doskonale radę. Chwalebne jest też to, że dawkuje swoje własne kompozycje, pomagając sobie nie wiadomo skąd wygrzebanymi kawałkami innych twórców. Piszę „nie wiadomo skąd”, ponieważ tytułowa piosenka ukazała się trzydzieści lat temu na średniej płycie aktora Tima Curry’ego i nigdy nie zrobiła kariery.

Może mama śpiewała ją Bonamassie do snu? Jeśli tak, do dobrze zrobiła, bo „Sloe Gin” w wykonaniu Joego jest na tej płycie ośmiominutowym klejnotem. Po prostu piątka i tyle.
 

Joe Bonamassa, Sloe Gin, Provogue 2007 

  
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj