W gorsecie konwencji
Inscenizacja „Rzeźni” Sławomira Mrożka nie jest łatwym zadaniem. Sztuka powstała z myślą o teatrze radiowym, stąd jej silnie retoryczny ton.

Sprawy nie ułatwia także wątła akcja opisująca przeobrażenia świata sztuki, które doprowadzają Skrzypka (Marcin Przybylski) do zamiany smyczka na rzeźnicki obuch. W adaptacji dokonanej w Teatrze Narodowym przez Agnieszkę Lipiec-Wróblewską pozostały nienaturalnie długie (radio nie znosi ciszy) dialogi, wyparowało za to przesłanie sztuki, że niebezpieczna jest nie konwencja czy awangarda, ale sztuka zamieniona w ideologię oraz przekonanie artysty, że wyraża prawdę jedyną i niepodważalną. W zamian reżyserka wdała się w jałowe, zdolne rozpalić kilkunastoosobowe może grono krytyków spory, która sztuka lepsza: wysublimowana apollińska czy unurzana w życiu dionizyjska.

A przecież przez 30 lat, które upłynęły od premiery „Rzeźni”, zdążyliśmy się już przekonać, że zarówno konwencja jak i awangarda to narzędzia, za pomocą których artysta może równie dobrze powiedzieć coś istotnego, jak i banalnego. Lipiec-Wróblewska opowiada się zdecydowanie po stronie sztuki konwencjonalnej, ale przy okazji robi jej niedźwiedzią przysługę: „Rzeźnia” jest nudnym, retorycznym wykładem, którego sensu nie rozumieją nawet sami wykonawcy. „Postaci jak z Mrożka” tworzą jedynie Wojciech Malajkat jako Dyrektor Filharmonii, który, by iść z duchem czasu, nie waha się przeznaczyć „dużego lokalu w Śródmieściu” na publiczną ubojnię bydła, i Zbigniew Zamachowski w roli Paganiniego oddającego geniusz za prawdziwe życie.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj