Janda jest w formie
Na wstępie uspokajam. Mimo nocy spędzanych na wymyślaniu, jak zaspokoić żądania miasta, sanepidu i Unii Europejskiej i nie pójść z torbami – Krystyna Janda jest w świetnej formie. Czego nie można powiedzieć o bohaterce jej najnowszego monodramu „Ucho, gardło, nóż” Vedrany Rudan – Tonce Babić.

Też nie sypia, ale nie z powodu remontu: jest mieszkającą po chorwackiej stronie pół-Serbką, której sąsiedzi, czystej krwi Chorwaci, grożą linczem. Leży więc na kanapie i w bezsenną noc przy telewizorze z wyłączonym dźwiękiem opróżnia przed nami wnętrze swojej głowy. Trzeba od razu powiedzieć, że Rudan wielką pisarką nie jest. Jej proza to potok (a raczej rynsztok) obrazków z życia tzw. zwykłej kobiety na objętych wojną domową Bałkanach.

Oskarżenia rzucane przeciw władzy, podżegającym do bratobójczej walki mediom (relacjonują sfingowane pogrzeby ofiar), złej naturze człowieka, dla którego wojna jest stanem naturalnym – czasem chwytają za serce, czasem rozśmieszają, częściej jednak, mimo heroicznych wysiłków aktorki, żeby nadać im jakiś sens, przeradzają się w bełkot.

Najlepsze momenty przedstawienia to te, w których Janda-Tonka zwraca się bezpośrednio do swoich widzów: prowokuje ich, kokietuje swoim wiekiem, trochę ponarzeka na facetów, powie, jak to niełatwo być kobietą, a do tego właścicielką teatru. Warto wybrać się do Polonii choćby po to, żeby zobaczyć, jak doświadczona aktorka pewną ręką prowadzi publiczność.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj