szukaj
Sanatorium pod rylcem
W odosobnieniu od wielkiego świata tworzył dzieła, które wielu uważało za doskonałą alegorię ludzkiego losu.

Józef Gielniak ma dwie biografie. W pierwszej wiele obiecywał, ale niewiele dał, gdy jako 19-letni reemigrant powrócił do Polski z Francji już po pierwszych sukcesach artystycznych i z bogatymi planami na przyszłość. W drugiej niewiele obiecywał, ale wiele dał, gdy na pozostałe 21 lat życia osiadł w sanatorium gruźliczym w Bukowcu z odroczonym wyrokiem śmierci. I to właśnie wówczas Gielniak zaczął tworzyć swoje niezwykłe grafiki; osobiste i osobne, do niczego niepodobne, pełne niezwykłego nastroju linoryty, którymi zachwycili się najpierw krytycy w kraju, a później w całym świecie. Był wystawiany, podziwiany, nagradzany, robiono o nim filmy, a nawet pisano wiersze (Stanisław Grochowiak).

W odosobnieniu od wielkiego świata, z iście benedyktyńską wytrwałością tworzył dzieła, które wielu uważało za doskonałą alegorię ludzkiego losu i życia. Była i biografia trzecia, po śmierci artysty w wieku zaledwie 40 lat. Nieco zapomniana, wyparta przez kolejne mody i prądy w sztuce.

Dziś całą jego twórczość (w 75 rocznicę urodzin i 35 śmierci) postanowiło przypomnieć Muzeum Narodowe we Wrocławiu. 68 prac – m.in. ze słynnych cykli „Improwizacje” i „Sanatorium”. Dzieł, które wręcz zmuszają widza do wyciszenia, zadumy, koncentracji.
 

Józef Gielniak, Muzeum Narodowe we Wrocławiu, wystawa czynna do 6 maja.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj