Dariusz Bugalski: – Skąd się biorą pańskie postacie?
Eric-Emmanuel Schmitt: – Nie wiem. Jestem tylko uchem, które słucha ich opowieści. Ale najpierw noszę je w sobie, jakbym był w ciąży. Czuję się jak kobieta, a właściwie jak słonica, bo moja ciąża trwa bardzo długo. A pisanie to poród. Kiedy już słyszę, widzę, czuję obecność tych postaci, osuwam się po prostu na biurko i zasypiam. Pięć, dziesięć minut później budzę się z odbitą na twarzy klawiaturą komputera. Sen jest korytarzem, którym wychodzę z własnego życia, by wejść w życie moich postaci, i piszę.
To pańskie sny?
Właściwie to nie są sny. Sny są przecież niejasne, nieciągłe. A do mnie przychodzą absolutnie logiczne historie. Myślę, że istnieją ludzie, którzy są stworzeni do tego, by je zapisywać, tak jak drzewa zostały stworzone do tego, by rodzić owoce. Ale od samego początku mam pierwsze i ostatnie zdanie książki. Pierwsze musi zawierać w sobie całą opowieść, jej zapach. A ostatnie zdanie to jej cel. Nie mogę przecież zacząć książki nie wiedząc, jaki jest jej cel.
Głównym bohaterem literatury jest zło. Pan zajmuje się dobrem. W „Dziecku Noego” – to przykład, ale dla pańskich książek typowy – jest tylko jedna postać negatywna: Gruby Jacques.
To postać historyczna.
Poświęca pan jedynej negatywnej postaci w książce liczącej 125 stron druku 23 linijki tekstu. Ot, przejeżdża samochodem i już go nie ma. Dlaczego przychodzą do pana tylko dobre postacie?
Bo złe pokazują wszyscy pisarze, a już francuscy…! Dostaję mdłości od tego pesymizmu, ba: cynizmu. Od napawania się tym, do jakiego stopnia jesteśmy mali, śmieszni, żałośni.