szukaj
Dowód na istnienie Boga
Rozmowa z księdzem profesorem Michałem Hellerem o relacjach między religią i nauką, o związku teologii i kosmologii, o boskiej matematyce i postulacie sensu oraz o powstaniu świata, czyli osobliwości początkowej, kwantowej teorii grawitacji i M-teorii.

 

Jerzy Baczyński, Adam Szostkiewicz: – Jak to się stało, że spośród wszystkich możliwych dróg, które otwierają się przed młodym chłopcem, wybrał ksiądz akurat tę – duchownego i naukowca? Czy trwało to długo, czy może zdarzył się jakiś mały cud, który się okazał przeznaczeniem?

Michał Heller: – Nie, cud się nie zdarzył. To był powolny proces wrastania w oba powołania. Być może miała na to wpływ rodzina, w jakiej miałem szczęście się urodzić. Ojciec był człowiekiem głęboko wierzącym i intelektualistą. Studiował na politechnice w Wiedniu i we Lwowie, miał wielkie zamiłowanie do matematyki, był wybitnym inżynierem, a jednocześnie pięknie malował i mnóstwo czytał, więcej nawet humanista niż ścisłowiec. Może to straszna moja wada, ale zawsze dążyłem do rzeczy najważniejszych. A co może być ważniejsze niż nauka i religia? I one jakoś zaspokajały moje tęsknoty – w nich widziałem poszukiwanie sensu.

Nie wspomniał ksiądz o matce.

Mama była bardzo religijna – instynktownie. Ojciec pochodził z rodziny, która miała korzenie w Austrii, stąd moje nazwisko. Dziadek był starostą austriackim w kilku miastach Galicji. Przodek rodu, Sebastian Heller, pod koniec XVIII w. przywędrował do Lwowa. Kupił kamienicę, ożenił się z Polką, panną Dąbrowską. Kronika rodzinna notuje żartobliwie, że to było bardzo zgodne małżeństwo, nigdy się nie kłócili, ponieważ on mówił po niemiecku i węgiersku, ona po polsku i francusku.

To kiedy właściwie zaczęła się ta księdza przygoda z naukami ścisłymi?

To się zaczęło nawet przed szkołą. Moja rodzina została w 1940 r. wywieziona do Rosji, ja byłem wtedy bardzo mały. Przebywaliśmy tam przez całą wojnę. Najpierw na Syberii, a pod koniec nad Wołgą. I tam chodziłem do polsko-rosyjskiej szkoły założonej przez Związek Patriotów Polskich. Dostałem zestaw podręczników. Najbardziej podobał mi się ten do geografii, bo tam było trochę astronomii, trochę o planecie Ziemi, trochę fizyki. Strasznie mnie to zafascynowało. Po powrocie do Polski skończyłem szkołę średnią i wstąpiłem do seminarium w Tarnowie. Ojciec chciał, żebym najpierw skończył na przykład fizykę, a dopiero potem seminarium. W pewnym momencie przestał się bronić i kolejność była odwrotna. Zostałem wyświęcony w 1959 r. i poszedłem na rok pracować w parafii w Ropczycach, gdzie, nawiasem mówiąc, objął swoje pierwsze starostwo mój dziadek. Ponieważ jako ksiądz nie mogłem w tamtych czasach pójść na fizykę na państwowym uniwersytecie, więc wybrałem filozofię przyrody na KUL.

Brzmi to jak historia samouka.

Podobno uczeni dzielą się na nieuków, wtedy nie są uczonymi, albo samouków.

I nigdy nie ujrzał ksiądz nieba w płomieniach? Nie zawahał się co do dalszej drogi i możliwości pogodzenia nauki i wiary?

Nie, nieba w płomieniach nie było, najwyżej niewielkie pożarki.

Nie przyszło księdzu do głowy, że może Boga nie ma?

Pożarki nie dotyczyły kwestii istnienia Boga. Chodziło o zaangażowanie w konkretną formę religijności. Najwięcej o tym rozmyślałem w czasie studiów seminaryjnych: czy stając wobec chrześcijaństwa, mam racjonalne przesłanki, aby przyjąć tę religię? Jeśli nie, to nie należy jej przyjmować, ale jeśli uznałem, że takie przesłanki posiadam, to przyjmuję chrześcijaństwo z całą jego doktryną. Usuwać z religii coś, co mi się nie podoba, uważam za niezbyt rozsądne.

Dziś tak właśnie postępuje wielu wierzących i chyba uważają tę wybiórczość za normalną.

Ja kładę nacisk na racjonalne przesłanki uwiarygodniające wiarę.

Ale religia to nie jest domena racjonalizmu. Tertulian mówił: Wierzę, bo to niedorzeczne.

Ktoś o mnie powiedział, że jestem chrześcijańskim pozytywistą i mnie się to określenie podoba. Prawdopodobnie Tertulian, wypowiadając to swoje słynne zdanie, miał na myśli metodologiczną uwagę Arystotelesa, że jeśli ktoś głosi jakąś strasznie dziwną prawdę, a jest człowiekiem poważnym, to trzeba mu uwierzyć. Ale powiedzenie Tertuliana można rozumieć jeszcze inaczej. Istnieje racjonalność odkrywania tajemnicy. Tajemnica musi być czymś, co mnie przewyższa i jednocześnie jakoś obejmuje. Jeżeli przyjmuję Pana Boga, to z góry zakładam, że są rzeczy, których nie pojmę. Z tak rozumianą tajemnicą spotykamy się właśnie w nauce na każdym kroku. To nie jest tak, jak z czytaniem dzieł literackich – właśnie czytam Olgę Tokarczuk. Tutaj mogę sens czy treść wydobyć, a nawet narzucić interpretację, bo pisarz zostawił czytelnikowi pewną swobodę poruszania się wewnątrz jego dzieła. W nauce tak nie jest. W nauce mamy do czynienia z brutalnymi faktami; jak powiedział Whitehead: tak jest i nic na to nie poradzimy. Stajemy wobec pewnej obiektywności. Prowadząc pracę naukową mam często odczucie, że walę głową w mur, zderzam się z jakąś tajemnicą, zaczynam dostrzegać coś, czego może nawet nie chciałbym dostrzec i co nigdy przedtem nie przyszłoby mi na myśl.

A zatem: można wierzyć w Boga poza jakąkolwiek religią?

Można: w Boga filozofów.

A jaka jest różnica między Bogiem filozofów a Bogiem chrześcijan?

Chrześcijanin wierzy w Boga wcielonego. Ale sprawa nie jest taka prosta. Bardzo lubiłem książki Grahama Greene'a. On napisał w jednej ze swoich powieści, że Kościół ma za zadanie napoić ludzi winem prawdy i dziwi się, że ludzie nie chcą tego wina przełknąć, gdy im je wpycha do ust razem z butelką. To rozróżnienie na butelkę i wino jest bardzo istotne. Wiele rzeczy, które uważamy za wino, są tylko butelką i to bardzo kanciastą. Dlatego trudno to przełknąć. I tutaj Kościół ma jeszcze niewątpliwie bardzo dużo do zrobienia. Kościół i teologowie, którzy są jego mózgiem i powinni się takimi rzeczami zajmować.

Chce ksiądz powiedzieć, żeby nie mylić wina z butelką – prawdy z historycznymi metodami jej poszukiwania?

Mam jeszcze i taką wadę, że bardzo interesuje mnie historia oddziaływań pomiędzy nauką i religią. Daje ona pogląd na to, jak powstała owa butelka i ile w tej dziedzinie panuje mitów. Okazuje się, że od pewnego czasu oddziaływanie z nauką było znacznie bogatszym źródłem rozmaitych przemyśleń teologicznych niż dysputy wewnątrzteologiczne. Tomizm wyrósł ze zderzenia ówczesnej platońskiej myśli europejskiej z naukami przyrodniczymi, przyniesionymi wraz z arystotelizmem do Europy przez Arabów.
 

Wielki Matematyk
 

Ale w powszechnym odczuciu drogi nauki i religii rozchodzą się coraz bardziej?

Myślę, że jest przeciwnie. Religia i nauka, dawniej w opozycji do siebie, teraz są jakby w jednym obozie.

Bo dostrzegły wspólne zagrożenia?

Tak – i religia, i nauka czują się zagrożone przez te wszystkie New Age, przez obniżenie poziomu masowej edukacji i kultury. Obniżenie standardów dotyka i Kościołów, i nauki. Nie słucha się elit, lecz masy i to też powoduje, że Kościoły i uczeni są jakby w jednym obozie.

Czy równie dobrze ksiądz czułby się nie będąc chrześcijaninem?

W żadnej religii nie ma takiej definicji Boga jak w chrześcijaństwie – Bóg jest miłością. Miłość musi się tu rozumieć inaczej niż w stosunkach ludzkich – jakaś niesamowicie wielka energia, i moralna, i twórcza. Niewątpliwie odpowiedzialność za to, że jestem chrześcijaninem, ponosi mój czas, miejsce urodzenia i rodzaj kultury, w jakiej się wychowałem. Gdybym się urodził np. w Indiach, może byłbym inny. Starałem się studiować filozofię i teologię solidnie i krytycznie. Konkluzją tego procesu było to, że chociaż nie można mieć w religii dowodów typu eksperymentalnego czy matematycznego, gdybym jednak odszedł od tej religii, postąpiłbym niemoralnie.

Bo coś by ksiądz zdradził?

Bo postąpiłbym wobec siebie nieuczciwie – intelektualnie. I tym się trzeba zadowolić, bo większego stopnia pewności nie można mieć z natury rzeczy. Ja się najlepiej modlę wtedy, gdy pracuję nad matematyką. Dlatego że matematyka to absolut, jedyny obszar ludzkiej działalności, który nie został dotknięty grzechem pierworodnym. W matematyce wszystko jest tak, jak powinno być. Nie może być inaczej. Mam poprzednika w Leibnizu, który widział Boga jako wielkiego matematyka. Pewien wybitny uczony matematyk i agnostyk spytał mnie kiedyś, czy Pan Bóg zna matematykę. Nie zna – odpowiedziałem, bo Pan Bóg jest matematyką. Leibniz sądził, że Bóg myśli matematyką. Prawdy matematyczne są Jego myślami. Lubię powiedzenie Leibniza: Dum Deus calculat, mundus fit – Gdy Bóg rachuje, staje się świat.

Jak tę matematyczną mistykę pogodzić z Bogiem katechizmowym – z tajemnicą Trójcy Świętej? Miliony katolików znają takiego Boga, a nie Boga Leibniza, nie czytali „Filozofii przyrody”, którą właśnie ksiądz wydał.

Teologowie na temat Trójcy napisali tomy i czytając niektóre z nich, denerwowało mnie to, że tam już nie było żadnej tajemnicy. Wszystkie relacje między Ojcem, Synem i Duchem zostały wyjaśnione, funkcje Trzech Osób rozdzielone itd. Wydaje mi się, że Pan Bóg dobrze się bawi (bo ma poczucie humoru), gdy czyta podręczniki teologii. W religii muszą być tajemnice; są one jej koniecznym elementem. Nie usiłuję sobie tłumaczyć tajemnicy Trójcy. Whitehead pisał, że natura rzeczywistości jest matematyczna i nawet w Panu Bogu są jakieś relacje matematyczne – to aluzja właśnie do Trójcy.

Więc zamiast badać tajemnicę katechizmu, zabrał się ksiądz za tajemnicę Wszechświata.

To jest też przedmiot teologiczny, bo z chwilą, kiedy chce się poznać autora, czyta się jego dzieło. A to dzieło jest nie mniej ważne niż katechizm. Są dwie księgi – historii i przyrody.
 

Księga Przyrody
 

To zajrzyjmy teraz do księgi przyrody. Jak ksiądz dzisiaj zdefiniowałby przedmiot badania kosmologii, którą ksiądz się zajmuje, czyli Wszechświat?

Definiowaniem pojęć z zamiłowaniem zajmują się filozofowie, natomiast w naukach fizycznych, a kosmologia do nich należy, definicja, jeśli ma być naukowa, musi być operacyjna, to znaczy, że dane pojęcie musi prowadzić do możliwości pomiaru zakończonego jakąś liczbą. Więc, na przykład, mogę zdefiniować masę, bo mogę ją zmierzyć i wyrazić na przykład w gramach, ale nie mogę zdefiniować materii. Mogę zmierzyć energię, masę, przyspieszenie, nie materię, więc nie jest ona pojęciem naukowym; jest pojęciem filozoficznym, podobnie jak Wszechświat. Nie ma jakiejś liczby, która by nam opisała, zmierzyła Wszechświat. Zresztą samo słowo przeszło ogromną ewolucję, bo za czasów greckich Wszechświat kończył się na sferze księżycowej, za Newtona obejmował już gwiazdy, w minionym stuleciu sięgnął galaktyk. Pojęcie Wszechświata rozszerza się jak sam Wszechświat. Dzisiaj mówi się już o wielu wszechświatach, czyli światach, które ze sobą nie mają żadnej łączności, a więc, choć matematycznie możliwe, są de facto niepoznawalne, a zatem w zasadzie wychodzą poza obszar nauki.

Ile już odczytaliśmy z tego rozdziału księgi przyrody?

Wciąż się czegoś dowiadujemy, m.in. dzięki nowym technikom badawczym, jak misje kosmiczne i wielkie teleskopy nowej generacji. Kosmologia stała się dziś nauką doświadczalną, w której weryfikuje się różne teorie i hipotezy. Wciąż też czegoś szukamy, jak choćby tzw. ciemnej materii, która w 70 proc. wypełnia Wszechświat, a my nie wiemy, z czego się składa. Ale na temat Wszechświata, jego budowy i historii wiemy dziś naprawdę bardzo dużo. Znamy na przykład z ogromną dokładnością wiek Wszechświata – 13,8 mld lat, choć jeszcze niedawno mówiło się o 10, a może 20 mld; wiemy, że Wszechświat się rozszerza, znamy jego geometrię. Ale zawsze najbardziej przyciąga naszą ciekawość to, co znajduje się poza granicą naszej wiedzy. Dlatego już od dłuższego czasu zajmuję się nie tyle kosmologią, ile poszukiwaniem kwantowej teorii grawitacji. (Podobno jest regułą, że w pewnym wieku każdy kosmolog zaczyna zajmować się kwantową grawitacją). Ta teoria ma wyjaśnić pierwsze sekundy istnienia Wszechświata. To jest dziś zagadnienie numer jeden dla fizyki.

Dlaczego to jest takie ważne?

Miniony wiek dał nam dwie wielkie teorie opisujące dwa różne aspekty rzeczywistości. Pierwsza, to stworzona przez Einsteina teoria względności, będąca podstawą kosmologii – nauki, która pozwala nam wyjaśnić, co się dzieje we Wszechświecie, a więc w bardzo dużej skali, największej, do jakiej mamy dostęp. Druga teoria, mechanika kwantowa, zapoczątkowana w 1900 r. przez Maksa Plancka, stosuje się do mikroświata, do układów bardzo małych, takich jak atomy i cząstki elementarne. Obie teorie, mimo odmiennych założeń, doskonale opisują rzeczywistość, jednak tylko tak długo, dopóki nie wchodzi się w obszar, w którym powinny ze sobą współpracować. Dotyczy to właśnie stanu, jaki musiał panować na początku Wszechświata w pobliżu Wielkiego Wybuchu, kiedy to, co lokalne, staje się globalne. Jest to tzw. era Plancka, gdy gęstość materii przekraczała 10 do 93 potęgi gramów na centymetr sześcienny. W tych warunkach obie teorie załamują się, znane nam równania przestają działać. Matematyczny odpowiednik Wielkiego Wybuchu nazywa się osobliwością początkową. Jeszcze Einstein wyobrażał sobie osobliwość jako punkt, z którego wybuchł świat. Ale to niedobre wyobrażenie. Osobliwość to miejsce, w którym nie było czasu i przestrzeni. Te podstawowe dla naszego postrzegania świata pojęcia załamują się po przekroczeniu progu Plancka, a gdy nie ma czasu i przestrzeni, nie można mówić o geometrii, a więc i o żadnym punkcie. Potrzebna jest więc jakaś nowa teoria, łącząca teorię kwantową i teorię względności, inaczej mówiąc – kwantowa teoria grawitacji. Jeżeli Wszechświat istniał przed osobliwością, zapomniał, jaki był, wszelkie informacje o czymkolwiek, co mogło istnieć przedtem, zostały wymazane z obecnej fizyki.

Znane nam oddziaływania fizyczne – elektromagnetyczne i jądrowe – dość łatwo ujawniają swoją naturę kwantową. Natomiast grawitacja jest oddziaływaniem bardzo słabym, ale robi się coraz silniejsza, im bardziej cofamy się do początku Wszechświata, w miarę, gdy rośnie gęstość materii. Intuicja fizyczna mówi, że w erze Plancka grawitacja powinna ujawnić swoją kwantową naturę, tym samym prowadząc do unifikacji obu wielkich teorii fizycznych.

Jak blisko jesteśmy tej nowej wielkiej teorii?

Gdy wreszcie znajdziemy ostateczną teorię unifikującą, stanie się to wielką naukową rewolucją. Mamy już kilka poważnych programów badawczych i szereg roboczych modeli, które nas do tej rewolucji przygotowują. Prawie wszystkie próby zunifikowania fizyki prowadzą do wniosku, że poszukiwana teoria będzie miała wiele do powiedzenia na temat czasu i przestrzeni. Być może będzie to teoria aczasowa i aprzestrzenna, być może czas i przestrzeń będą istnieć, ale w jakiejś innej niż obecnie konfiguracji, np. jako jedne z wymiarów jakiejś całkiem odmiennej geometrycznej struktury. Z tym wiąże się problem przyczynowości. Przyczynowo-skutkowe łańcuchy zdarzeń rozciągają się przecież w czasoprzestrzeni. W świecie bezczasowym i bezprzestrzennym przyczynowość nie może dotyczyć poszczególnych zdarzeń, musi mieć jakiś inny charakter. Takie wyniki są sugerowane przez popularne obecnie teorie superstrun, pętli Asztekara czy M-teorię.
 

Język Wszechświata
 

Czy można to wszystko zrozumieć?

Nikt nie powiedział, że nasz umysł jest w stanie zrozumieć początek świata, a zwłaszcza że wszystko można wyrazić naszym językiem. Tylko do pewnego poziomu daje się przekładać naukowe teorie na język potoczny. Na przykład według teorii superstrun cząstki elementarne nie są – powiedzmy – punkcikami, lecz małymi niteczkami o rozmaitych poplątanych kształtach. Z geometrii tych nitek próbuje się wyprowadzić całą fizykę. To są oczywiście tylko porównania. Dziś wydaje się, że teoria superstrun nie jest teorią ostateczną, ale szczególnym przypadkiem bardziej ogólnej, zwanej M-teorią.

Skąd ta nazwa?

Z braku lepszej. Być może któryś z uczonych zakochał się w Magdzie? Niektórzy mówią, że M pochodzi od słowa tajemniczy (mysterious), ale bardziej prawdopodobnie od matematycznego terminu macierz, czyli Matrix. M-teorią zajmują się setki ludzi. Jest to ogromny program, który doprowadził do rozkwitu wielu działów matematyki. W M-teorii przyjmuje się istnienie nie tylko jednowymiarowych strun, ale też tworów o większej liczbie wymiarów, np. dwuwymiarowych membran. Inny program, stworzony przez hinduskiego matematyka Asztekara, wprowadza pewne nowe zmienne do teorii względności, tak że robi się ona bardziej podobna do mechaniki kwantowej. Dziś widać pewne zbliżenie strunowców i asztekarowców, ale co i kiedy z tego wyjdzie, jeszcze nie wiadomo. Oprócz tych dwóch wielkich programów są i małe, angażujące po kilka osób, jak choćby mój – i kilku moich współpracowników – program geometrii nieprzemiennej.

Cóż to takiego?

Dziś to bardziej teoria matematyczna niż fizyczna. Nasz model jest obiecujący, choć na razie stworzyliśmy coś, co nazwałbym modelem zabawkowym, służącym do testowania pewnych koncepcji. Praca nad tym modelem dostarcza nam wiele radości, choć nie jest łatwa. Nawet gdyby nasz model okazał się nieprawdziwy, ma on niejaką wartość, gdyż ukazuje pewne możliwości pojęciowe. Pozwala on na przykład przypuszczać, że w erze Plancka, kiedy nie istniał czas, mogły jednak zachodzić jakieś zmiany. Dynamika kojarzy się nam z następstwem czasowym, ale nieprzemienna kosmologia kwantowa, jak inaczej można określić nasz model, dowodzi, że czas nie jest potrzebny, aby działały jakieś siły i zmieniały się stany, choć nasz język nie potrafi tego opisać.

Otóż to. Po raz kolejny mamy problem językowy: jak wyrazić Wszechświat?

Językiem Wszechświata jest matematyka. Cała fizyka jest właściwie matematyką z pewnym naddatkiem interpretacyjnym, odnoszącym struktury matematyczne do rzeczywistego, dostępnego eksperymentom świata. Prawa matematyki nie podlegają zmianom, są wieczne, istnieją niezależnie od świata materialnego i od naszego umysłu. Gdy wykonuje się pracę matematyka, silnie doświadcza się tego, że nie można zmienić wyników. Żadna bomba nie usunie przeszkody, nie ocali wyniku, jeśli popełniliśmy błąd w matematycznym rozumowaniu. Znany jest przykład z historii nauki, gdy w 1915 r. Einstein rozwiązywał swoje słynne równanie pola grawitacyjnego i wychodziło mu, że Wszechświat jest niestabilny. On sam z tym się filozoficznie nie zgadzał. Dodał wówczas do równania człon, zwany kosmologicznym, żeby zmusić równanie do stabilności. I co się wkrótce okazało? Że świat nie jest stabilny, że się rozszerza, odkryto efekt ucieczki galaktyk. Matematyka stawia taki właśnie opór naszej woli. Co więcej, niekiedy zdaje się wiedzieć, jak świat jest zbudowany.

Czasem używam innego porównania. Jak wiadomo, w komputerze znajdują się jakieś druty, półprzewodniki, płytki, czyli tzw. hardware. Podobnie obiekty, które można zobaczyć na niebie i zmierzyć, to hardware Wszechświata – materia, z której wszystko jest zrobione. Ale cała ta maszyneria, komputerowa czy kosmiczna, nie miałaby sensu, gdyby nie było programu, software. Językiem Wszechświata jest matematyka, jego software jest pisany językiem matematyki. Matematyka to nauka o bardzo pięknych, abstrakcyjnych strukturach.

Trudno będzie księdzu przekonać przeciętnego inteligenta o urodzie matematyki.

Liczenie, które zwykle utożsamiamy z matematyką, to tylko jedno z jej narzędzi. Matematyczne morze struktur jest nieskończone. Obcowanie z nimi dostarcza silnych przeżyć estetycznych, jak obcowanie z poezją. Niektóre z owych struktur, wyjątkowe, tworzą software Wszechświata. Praca fizyków teoretyków polega na tym, by wyławiać z morza matematyki te struktury, które, tak jak równania Einsteina, opisują coś rzeczywistego. Potem ten wybór musi być potwierdzony przez eksperymenty i obserwacje. Świat ma bowiem tę dziwną właściwość, że można go badać matematycznie. Nie wiemy, na czym ta własność polega, ale jest i właśnie dlatego nauka jest możliwa. Świat posiada tę cechę tak samo, jak słowa mają znaczenie, dzięki czemu możemy porozumiewać się językiem. Dlatego fizycy teoretycy, którzy przestają na co dzień z softwarem Wszechświata, mają na ogół wielkie poczucie tajemnicy, świadomość czegoś, co ich przerasta, a w czym biorą udział.
 

Ślady Obecności
 

Powiedział ksiądz kiedyś takie piękne zdanie: Podniosę głowę, by spojrzeć światu w oczy, odpowie mi głębią przestworzy. Ksiądz lubi cytować Kanta: Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie, ale nie cytuje ksiądz Pascala: Widzę te przerażające przestrzenie Wszechświata, które mnie otaczają.

Gdy się patrzy na Wszechświat z Obserwatorium Watykańskiego, to więcej widać świateł Rzymu niż światła gwiazd i dlatego Obserwatorium Astronomiczne musiało z Castel Gandolfo wynieść się do Arizony, 4 tys. metrów nad poziom morza. Tam jest teraz główny teleskop watykański. Gdy rozwiązuję jakiś problem matematyczny, to wtedy na ogół nie ma czasu na przeżycia mistyczne. To jest ciężka orka myślowa i nie można robić tego długo. Co jakiś czas się przerywa, następuje chwila refleksji, zwłaszcza gdy matematyka przemówiła i osiągnęło się jakiś wynik. I to jest bardzo podobne do patrzenia w niebo. Tylko że tam są złote gwoździki na czarnym tle, a tutaj, na papierze z równaniami, są – jak mawia jeden z moich kolegów – krzaczki. One mówią podobnym językiem co rozgwieżdżone niebo. A z Pascalem miałem niedawno spotkanie w Paryżu. Poszedłem na jego grób w kościele niedaleko Panteonu. On nie pozwolił się pochować w grobowcu, jest tam tylko płyta zrobiona przez jego szwagra, wmurowana w kościelną ścianę, która mówi, że gdzieś tu w pobliżu spoczywają szczątki Pascala.

Ale z tego zdania Pascala współczesny człowiek może wyczytać niepokój o sens naszej przygody we Wszechświecie. Do czego mają prowadzić nasze wysiłki, wszystko wokół czego się krzątamy w życiu?

I tutaj właśnie religia może się spotkać z nauką jako jej przedłużenie. Bo właśnie bez religii sens byłby okaleczony. Wszechświat ma pewien sens: jest niezmiernie racjonalny. Da się go badać. Gdyby człowiek czy ludzkość nie miała sensu, to – według mnie – byłby to straszny dysonans: racjonalna przyroda miałaby stworzyć coś tak irracjonalnego? Dostrzegam więc coś, co nazywam postulatem sensu, i sądzę, że tu religia przychodzi człowiekowi z pomocą.

I nie doskwiera księdzu nasza samotność we Wszechświecie? Nie szuka ksiądz w nim znaków obecności Boga?

Nie przeżywam tej samotności. Co do znaków to problem polega na tym – myślałem o tym niejednokrotnie – że właśnie nie można znaleźć jakichś śladów Pana Boga wyciśniętych we Wszechświecie. Dawniej szukano jakichś dziur – dziur w naszej wiedzy – żeby je wypełnić potem hipotezą Pana Boga. I to miałby być ten ślad. Ale to jest bardzo zła teologia. Problem polega na tym, że cały świat jest śladem Boga, jest dziełem Stwórcy i dlatego nie można znaleźć jakiegoś bożego podpisu, bo dzieło tworzy całość, całe jest podpisem. Żeby widzieć ruch, musimy odnieść się do czegoś, co jest nieruchome. Lecąc samolotem i nie widząc ziemi pod nami, nie czujemy w ogóle ruchu. Żeby zobaczyć, że świat jest dziełem Boga, musielibyśmy zobaczyć coś, co nie jest światem, czyli wyjść poza świat.

A może nie ma żadnej księgi, żadnego innego języka, prócz tego, który sami tworzymy do opisu rzeczywistości? Może tkwimy w racjonalnym, oświeceniowym złudzeniu, że istnieje jakiś jeden prosty szlak, którym się posuwamy, dokonując kolejnych postępów i odkryć?

Miałem bardzo mądrą babcię ze strony mamy, która do końca życia interesowała się nowościami, ale czasem chciała mi dokuczyć i mówiła: Ja tam nie wierzę w te wasze elektrony. Babcia bardzo lubiła słuchać radia i była na bieżąco z wszystkimi wiadomościami. Babciu, a w radio wierzysz? – pytam się. Pewnie że tak, bo to działa – odpowiada. Ja mówię: Właśnie, bo to jest teoria Maxwella. To działa i nie ma na to rady. Można nie wierzyć w fizykę atomową, ale dwa miasta, Hiroshima i Nagasaki zostały zniszczone, bo rozbito atom. Koncepcja, że to my wymyślamy fizykę, jest nie do utrzymania. Oczywiście, w nauce jest ogromny procent naszej inwencji; język jest nasz, zmysły są nasze. Świat nie wygląda dokładnie tak, jak my go widzimy. Dziś doskonale wiadomo, jak powstaje obraz w oku, co się dzieje z promieniem świetlnym pomiędzy okiem a mózgiem – tę wiedzę wykorzystuje się zresztą do celów militarnych. Sztuka rozpoznawania obrazów jest ważnym elementem współczesnej balistyki. Bo gdy leci rakieta i ma coś rozwalić, musi rozpoznać teren. Jest jedna tajemnica: jak ten sygnał gdzieś w korze mózgowej przeradza się w świadomość odbiorcy? Tego dotychczas nikt nie wie. Cała droga pośrednia jest znana i wiadomo, że po drodze sygnał jest poddawany przekształceniom matematycznym. Więc świat, tak jak go postrzegamy i rekonstruujemy w naukowych teoriach, na pewno jest w jakimś stopniu naszą konstrukcją. Co więcej, są zwierzęta, które mają inne zmysły niż my. Nie wiemy, co one widzą, jak czują ten świat. Matematyka jest wiedzą obiektywną, nie zależy od naszego widzimisię, ale przecież wszystkie symbole i aksjomaty my wymyślamy. Odkrywamy matematyczne struktury, ale nie całkiem biernie, wkładamy w ten proces nasze kategorie. Ale nasze kategorie poznawcze nie są dane z góry, tylko wypracowane przez ewolucję. Element wkładu człowieka jest ogromny, ale to, co niepoznane, da się jednak poznać przynajmniej w jakimś stopniu.
 

Sens Życia
 

Tylko czy ten trud poznawania jest elementem jakiegoś planu, czy może elementem jakiejś zabawy z nami jako biednymi istotami, które silą się na coś niemożliwego?

Wkraczamy tu w dziedzinę znajdującą się całkowicie poza fizyką. Trochę jak Karl Popper uważam, że historia ludzkości nie ma jakiegoś apriorycznego sensu. Popper walczył z magikami, którzy głosili, że odkryli żelazne prawa historii, rządzące nią rzekomo niezależnie od tego, co człowiek zrobi. Prawdziwa historia nie jest historią wojen, głupoty i zbrodni, tym, co się zwykle za historię uważa. Prawdziwa historia to historia każdego człowieka, na przykład starego człowieka, który co rano wstając z łóżka, zastanawia się, czy dożyje do wieczora. Z sensem swojego życia trzeba zmagać się samemu, a nie szukać go w jakichś apriorycznych kategoriach.

Czy jednak nie byłoby pięknie, gdyby sensem naszego bytowania we Wszechświecie było rozpoznawanie i odczytywanie jego księgi?

Myślę, że w dużym stopniu tak właśnie jest. Chociaż jeden z kosmologów powiedział, że Pana Boga nie interesuje cokolwiek mniejszego niż nieskończoność, a więc jeśli stworzył ludzkość, to stworzył nieskończenie wiele ludzkości. Nie wiem, czy tak jest, nikt nie wie. Ale to jakoś ładnie pasuje do nieskończoności. Dwie hipotezy, Boga i nieskończenie wielu światów, nie muszą się wykluczać.

Czy to znaczy, że dopuszcza ksiądz – tu już ocieramy się chyba o herezję – wielość wcieleń Boga?

To nie jest herezja; nazwałbym to raczej theology fiction.

Pobożny katolik słyszał na lekcjach religii, że Ziemia jest wyjątkowa we Wszechświecie przez to, że właśnie ją wybrał Bóg na miejsce wcielenia Chrystusa.

Może być tak, że wcielenie na jednej planecie obejmuje cały Wszechświat. Może być tak, że w każdej hipotetycznej ludzkości, która znajduje się gdzieś we Wszechświecie, zdarzyło się coś w rodzaju wcielenia. Niekoniecznie dosłownie wcielenia. Może na przykład jest ludzkość, tak sobie wyobrażam, która dostrzega egzystencjalne rozwiązanie, którego my nie znamy, i to dla niej jest jakimś objawieniem. Jeden pewnik religijny można przyjąć: jeśli jest gdzieś we Wszechświecie lub w innych wszechświatach ludzkość obdarzona wolną wolą i świadomością, to nie została ona pozostawiona przez Boga swemu losowi.

Rozmowa pochodzi z nr. 52/53 "Polityki" z dnia 25-12-2004.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj