Rząd odbierze, żeby mniej bolało
Zabrać podatnikom ulgi i nie stracić poparcia?
Najprościej skasować ulgę na Internet, która uszczuplała roczne wpływy do budżetu o ponad 400 mln zł. Oprócz dziury w budżecie innego uzasadnienia trudno się dopatrzeć. 50 proc. koszty uzyskania przychodu, które artystom, naukowcom i dziennikarzom rekompensować miały poniesione wydatki (przedsiębiorcy mogą je wliczać w koszty, zatrudnieni – nie) będą obowiązywać tylko do momentu, w którym roczne wpływy podatnika przekroczą 85 tys. zł. Rząd spodziewa się zaoszczędzić w ten sposób około 160 mln zł, ale raczej mu się nie uda. Te grupy zawodowe już teraz masowo rejestrują działalność gospodarczą, bo jest ona podatkowo o wiele bardziej korzystna. Od przyszłego roku zjawisko to, a wraz z nim mniejsze wpływy do ZUS, zapewne się nasili. Zyska budżet, straci ZUS. Wizerunkowo to jednak dla rządu żaden kłopot.
Wielkim kłopotem mogą się jednak okazać planowane zmiany w ulgach na dzieci. Tutaj Jacek Rostowski ostrzy sobie zęby na odzyskanie nawet kilku miliardów zł. Fakt - ulgi tzw. prorodzinne są źle skonstruowane, najbardziej bowiem premiują rodziny dobrze zarabiające. Te z większą liczbą dzieci i małymi dochodami i tak nie są w stanie z odliczeń korzystać. Po odliczeniu składki na zdrowie, podatku zostaje już bowiem niewiele.
Problem w tym, że projekt Ministerstwa Finansów ograniczył się do prawdziwego „zabierania bogatszym”, i fikcyjnego polepszania sytuacji finansowej rodzin wielodzietnych. Przewidywał bowiem, że rodzina z jednym dzieckiem i dochodami powyżej 85 tys. zł rocznie ulgę straci całkowicie. Możliwość odliczeń rosłaby wprawdzie wraz z liczbą posiadanych dzieci, tyle że w praktyce – tak jak teraz – rodziny te nie miałyby ulg z czego odliczać. Z takiego projektu ucieszyłyby się tylko takie rodziny wielodzietne, które bardzo dużo zarabiają.