Zdecydowana większość zagłosowała przeciwko ACTA, zgodnie z rekomendacją Komisji ds. Handlu międzynarodowego. Przedstawiciele konserwatywnej Europejskiej Partii Ludowej próbowali przekonać kolegów, by głosowali za drugą opcją – przełożeniem decyzji do czasu orzeczenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości badającego, czy ACTA nie narusza prawa unijnego. Bez skutku, ACTA przeszło 4 lipca 2012 r. do historii.
Nie oznacza to oczywiście, że zakończyła się dyskusja o ochronie własności intelektualnej i praw autorskich. Przeciwnie, można spodziewać się, że nabierać ona będzie ona coraz większej temperatury. Jak już wyjaśniałem na łamach „Polityki” w styczniu b.r., tzw. własność intelektualna nabiera coraz większego znaczenia w kreowaniu wartości ekonomicznej w krajach rozwiniętych, tracących przewagi konkurencyjne na innych polach, jak produkcja przemysłowa i wiele usług nadających się do świadczenia na odległość.
W ślad za tą konstatacją idzie jednak pytanie, jak najefektywniej zarządzać zasobami intelektualnymi, by służyły rozwojowi? Czy rozszerzając zakres ochrony prawnej i zaostrzając jej egzekucję? Czy przeciwnie, otwierając jak najszerzej dostęp? Odpowiedź zależy od perspektywy. Przedsiębiorstwa inwestujące w rozwój technologii, produktów czy dóbr kultury przeważnie domagają się ochrony tych inwestycji. Wielu ekonomistów zwraca jednak uwagę, że dobra niematerialne, jak wiedza i kultura kreują tym większy efekt, ima szersze ich upowszechnienie. Logika traktowania wiedzy i kultury jako towaru ściera się z logiką traktowania tych zasobów jako kapitału.
Nie tylko jednak o kwestie gospodarcze chodzi, choć oczywiście to one były głównym motorem napędzającym prace nad ACTA.