Finansowanie zdrowia: problem Polski, problem UE
Supeł eskulapa
Nasza służba zdrowia coraz bardziej przypomina grecką. Grecy z prywatnych kieszeni finansują już prawie 40 proc. wydatków na leczenie, my – 28 proc. Te pieniądze nie poprawiają jednak stanu publicznej służby zdrowia.
Bez zwiększenia strumienia środków płynących do publicznego systemu leczenia na poprawę nie ma co liczyć.
Francesco Ridolfi/PantherMedia

Bez zwiększenia strumienia środków płynących do publicznego systemu leczenia na poprawę nie ma co liczyć.

Chętnie mówimy o tym, że na ochronę zdrowia wydajemy za mało – zaledwie 1389 euro „na głowę” rocznie. Średnia w krajach OECD jest ponaddwukrotnie wyższa, wynosi 3268 euro. Na tym jednak różnice się nie kończą. W większości krajów europejskich, w każdym razie w tych, którym publicznego poziomu leczenia zazdrościmy, publiczna służba zdrowia zasilana jest także środkami z innych, prywatnych źródeł. Na przykład z prywatnych ubezpieczeń. U nas te dodatkowe źródła zasilania są suche. Politykom brak odwagi, by nam powiedzieć, że za „darmową” służbę zdrowia musimy płacić więcej. Z powodu tego strachu pod koniec każdego roku trzeba wstrzymać się z chorowaniem, ponieważ publicznej służbie zdrowia kończą się finansowe limity na leczenie.

W Holandii, gdzie poziom opieki publicznej uznawany jest za najlepszy w Unii, ponad połowa prywatnych pieniędzy wydawanych na leczenie lokowana jest w polisy ubezpieczeniowe (w Niemczech 40 proc., we Francji 70 proc.). W Stanach Zjednoczonych, które na opiekę zdrowotną wydają najwięcej (aż 16 proc. PKB), prawie połowa tych pieniędzy także pochodzi ze środków prywatnych, lokowanych w służbie zdrowia głównie za pośrednictwem prywatnych ubezpieczeń. Na drugim biegunie jest sąsiedni Meksyk, gdzie wskutek słabości systemu ubezpieczeń obywatele leczą się głównie za swoje (55 proc.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj