W spółkach Skarbu Państwa ruszyła wielka karuzela kadrowa. To rytuał nowej władzy
Zwalniają, znaczy będą przyjmować
Każda władza chce nakarmić swoich ludzi wysokopłatnymi posadami, a PiS było tak długo odcięte od tego źródła, że jest na silnym głodzie.
Andrzej Bogacz/Forum

To stały rytuał związany ze zmianą władzy: wymiana niemal wszystkich osób zajmujących kierownicze stanowiska w administracji i gospodarce. Bez specjalnej analizy: dobry czy zły, kompetentny czy ignorant, nominat polityczny czy bezpartyjny profesjonalista. Jeśli nominowała go poprzednia władza, to obowiązkiem kolejnej jest go zwolnić.

Jacka Sochy, byłego ministra skarbu państwa, to nie dziwi. Każda władza chce mieć swoich zaufanych ludzi na kierowniczych stanowiskach w gospodarce – uważa. A obecna władza jest szczególnie nieufna. Tak było za czasów SLD, PO, tak jest za PiS.

Każda władza chce też nakarmić swoich ludzi wysokopłatnymi posadami, a PiS było tak długo odcięte od tego źródła, że jest na silnym głodzie. To taki nasz polski „spoils system”, czyli system łupów. W USA dotyczy on niektórych stanowisk w administracji, u nas coraz większej liczby firm, bo państwo ma ambicje do zawłaszczania dużej części gospodarki. Ideałem byłaby gospodarka w całości państwowa, jak w PRL.

Gorzej jest wymianą kadr w administracji. Jak zdradził minister Henryk Kowalczyk z KPRM, negocjacje z niektórymi kandydatami padają w chwili, gdy pada wysokość zarobków. Znalezienie kogoś kompetentnego na stanowisko wiceministra okazuje się sporym wyzwaniem przy wynagrodzeniach rzędu 8–9 tys. zł. Zwłaszcza jeśli ten kandydat pracuje w prywatnej gospodarce, która potrafi wycenić kompetencje. Dlatego jest takie parcie na stanowiska w firmach – tam można pożyć.

Na pierwszy ogień poszły spółki energetyczne. Enea, Energa, za chwilę PGNiG, Orlen, LOT. Procedura jest prosta: najpierw minister skarbu zarządza wymianę rady nadzorczej, a ta dymisjonuje prezesa, a czasem i pozostałych członków zarządu. Niektórzy – jak prezes PKP Jakub Karnowski czy prezes GPW Paweł Tamborski – sami zawczasu złożyli dymisje.

Większość spółek jest notowana na giełdzie, ale tym nikt się nie przejmuje. Akcjonariusze mniejszościowi? A kogo to obchodzi. Lecące na łeb kursy akcji? Nie ma nad czym płakać. I tak giełda jest w depresji, bo takiej ilości złych informacji na raz rynek nie jest w stanie przyjąć: nowe podatki sektorowe, wymuszanie niekorzystnych decyzji inwestycyjnych, powiększanie deficytu budżetowego itd.

Praca na państwowym ma swój urok. Zapewnia niezłe zarobki (nawet jeśli prezes Kaczyński uprze się z kominkówką, to i tak da się ją ominąć). Nie trzeba się specjalnie martwić wynikami, bo spółki są chronione przed konkurencją przez państwo. Oczywiście są obszary trudne i są rejony beznadziejne, jak np. spółki węglowe. Tu jakoś nie widać presji do szybkich zmian.

Nowa władza zatrzymała ministra Wojciecha Kowalczyka jako pełnomocnika rządu ds. górnictwa. Kompanią Węglową wciąż rządzi Krzysztof Sędzikowski, choć jeszcze za czasów rządu PO-PSL próbował podać się do dymisji. Na takie stanowiska żaden polityczny nominat się nie pcha. Bo wystawiłby się na strzał, związkowcy kazaliby go szybko zwolnić. Po co mu to? A jak się naprawa górnictwa nie uda, zawsze będzie powiedzieć, że to wina Tuska i jego ludzi.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj