Moonsfera *****
Adres: Centrum Olimpijskie Warszawa, ul. Wybrzeże Gdyńskie 4

Mało która restauracja w Warszawie ma taki piękny widok. I to z góry. Moonsfera mieści się bowiem na szóstym, czyli ostatnim piętrze Centrum Olimpijskiego leżącego przy Wisłostradzie. I to jest zarówno plus, jak i minus tego miejsca. Lokal jest przestronny i z widokiem na oba brzegi Wisły, ale za to w miejscu odległym od tras, którymi poruszają się na ogół turyści i smakosze. Z tego powodu, a ku mojej rozpaczy, w Moonsferze nie ma nadmiaru publiczności. Ale, prawdę powiedziawszy, niech żałują ci, którzy tam nie dotarli. Ci zaś – jak ja z przyjaciółmi – po wizytach na szczycie szklanego gmachu czujemy się wniebowzięci. To bowiem, co podają tam kelnerzy, to szczyty wyrafinowania i wspaniałego smaku.

A wszystko to zasługa szefa kuchni, czyli Jarosława Uścińskiego. Jestem przekonany, że nie ma w Warszawie drugiego takiego kucharza, który niemal bez przerwy kreuje nowe przepisy. A każdy następny jest ciekawszy od poprzedniego.

I nie należy się peszyć tym, że w lekturze wyglądają na bardzo skomplikowane, co nie bywa na ogół zaletą. Na talerzu prezentują się one tak pięknie, iż żal rozwalać te rzeźby widelcem i nożem czy łyżką. A jeszcze bardziej są zachwycające, gdy trafią wreszcie na język.

Oto np. jedna z przekąsek: świeża figa karmelizowana, podana  w syropie balsamicznym na żurawinowym mascarpone z wasabi, otulona szynką parmeńską z dodatkiem pestek granatu i truskawką (31 zł). Myślę, że podobne przekąski  podawano bogom na Olimpie.

Można też zamówić – co oczywiście nastąpiło – ceviche (czyli drobno posiekaną rybę na surowo) z baramundi i przegrzebków, ze świeżymi warzywami i grzankami czosnkowymi (30 zł). Albo pieczoną focaccię faszerowaną różnymi serami, ozdobioną płatem szynki parmeńskiej oraz rukolą i parmezanem (33 zł).

Jest i kilka subtelnych zup (po 15 zł), z których kusząco zapowiadała się ta z boczniaków z warzywami, imbirem i majerankiem.

Są oczywiście i różne kluchy, bo szef - jak sam przyznaje - jest klucholubem. Zachwycająco więc smakowały tagliatelle z krewetkami, kawałeczkami kaczki, kapustą pak-choy w pikantnym sosie czosnkowym z ozdobą z różnych kiełków (31 zł).

Do mięs jeszcze nie dotarłem, bo systematycznie poznaję smak ryb. Oto marynowany w brązowym cukrze halibut na pure kalafiorowym z sałatą z rzepy, fenkułu, liści botwinki i julienne z buraka przystrojony świeżą miętą (45 zł). Jego konkurentem jest filet z dorsza na rabarbarze (42 zł).

Żeby nie przesadzić musiałem zakończyć tę ucztę odpowiednim deserem. Było to pomarańczowe gateaux z płynnym czekoladowym wnętrzem z limonkowymi wiśniami i lodami z mleczną czekoladą. (23 zł).

Karta win krótka, lecz świetna. Nam towarzyszyło pinot noire z winnicy barona Filipa Rothschilda. I, jak łatwo zgadnąć, nie była to nasza ostatnia wizyta na ostatnim Pietrze Centrum Olimpijskiego.

Tel. (22) 560 37 33, www.moonsfera.pl

Moonsfera *****

Centrum Olimpijskie Warszawa, ul.Wybrzeże Gdyńskie 4, tel. (22) 560 37 33, www.moonsfera.pl     

 

Mało która restauracja w Warszawie ma taki piękny widok. I to z góry. Moonsfera mieści się bowiem na szóstym czyli ostatnim piętrze Centrum Olimpijskiego leżącego przy Wisłostradzie. I to jest zarówno plus jak i minus tego miejsca. Lokal jest przestronny i z widokiem na oba brzegi Wisły ale za to w miejscu odległym od tras, którymi poruszają się na ogół turyści i smakosze. Z tego powodu, a ku mojej rozpaczy, w Moonsferze nie ma nadmiaru publiczności. Ale prawdę powiedziawszy niech żałują ci, którzy tam nie dotarli. Ci zaś – jak ja z przyjaciółmi – po wizytach na szczycie szklanego gmachu czuję się wniebowzięty. To bowiem, co podają tam kelnerzy, to szczyty wyrafinowania i wspaniałego smaku.

A wszystko to zasługa szefa kuchni czyli Jarosława Uścińskiego. Jestem przekonany, że nie ma w Warszawie drugiego takiego kucharza, który niemal bez przerwy kreuje nowe przepisy. A każdy następny jest ciekawszy od poprzedniego.

I nie należy się peszyć tym, że w lekturze wyglądają na bardzo skomplikowane, co nie bywa na ogół zaletą. Na talerzu prezentują się one tak pięknie, iż żal rozwalać te rzeźby widelcem i nożem czy łyżką. A jeszcze bardziej są zachwycające gdy trafią wreszcie na język.

Oto np. jedna z przekąsek: świeża figa karmelizowana, podana  w syropie balsamicznym na żurawinowym mascarpone z wasabi, otulona szynką parmeńską z dodatkiem pestek granatu i truskawką (31 zł). Myślę, że podobne przekąski  podawano bogom na Olimpie.

Można też zamówić – co oczywiście nastąpiło – ceviche (czyli drobno posiekaną rybę na surowo) z baramundi i przegrzebków, ze świeżymi warzywami i grzankami czosnkowymi (30 zł).

Albo pieczoną focaccię faszerowaną różnymi serami, ozdobioną płatem szynki parmeńskiej oraz rukolą i parmezanem (33 zł).

Jest i kilka subtelnych zup (po 15 zł), z których kusząco zapowiadała się ta z boczniaków z warzywami, imbirem i majerankiem.

Są oczywiście i różne kluchy, bo szef jak sam przyznaje jest klucholubem. Zachwycająco więc smakowały tagliatelle z krewetkami, kawałeczkami kaczki, kapustą pak-choy w pikantnym sosie czosnkowym z ozdobą z różnych kiełków (31 zł).

Do mięs jeszcze nie dotarłem, bo systematycznie poznaję smak ryb. Oto marynowany w brązowym cukrze halibut na pure kalafiorowym z sałatą z rzepy, fenkułu, liści botwinki i julienne z buraka przystrojony świeżą miętą (45 zł). Jego konkurentem jest filet z dorsza na rabarbarze (42 zł).

Żeby nie przesadzić musiałem zakończyć tę ucztę odpowiednim deserem. Było to pomarańczowe gateaux z płynnym czekoladowym wnętrzem z limonkowymi wiśniami i lodami z mleczną czekoladą. (23 zł).

Karta win krótka lecz świetna. Nam towarzyszyło pinot noire z winnicy barona Filipa Rothschilda.

I jak łatwo zgadnąć nie była to nasza ostatnia wizyta na ostatnim Pietrze Centrum Olimpijskiego.

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj