Gdy umiera przywódca
Ile bólu w bólu?
Po śmierci Kim Dzong Ila – histeria, po śmierci Vaclava Havla – po prostu smutek. Jak to możliwe?

Joanna Cieśla: Myśli pan, że relacje o rozpaczy w Korei Północnej po śmierci Kim Dzong Ila choć w części są prawdziwe?

Dr Konrad Maj: Jestem przekonany, że sporo przejawów tej rozpaczy jest szczerych. Po śmierci dyktatorów często ustawiają się kolejki, żeby wpisać się do ksiąg kondolencyjnych albo pożegnać zmarłego tyrana. Przyczyna jest prosta: ludzie nie znają innej rzeczywistości niż ta, w której był obecny przywódca - choć Kim Dzong Il objął władzę stosunkowo niedawno, w połowie lat 90., po śmierci swojego ojca Kim Ir Sena, był jego oczywistym następcą. Wmawiano Koreańczykom, że potrafi obronić kraj przed zagrożeniem ze strony Zachodu, był więc ich gwarantem poczucia bezpieczeństwa. Poza tym, ludzie myślą nie tylko w kategoriach politycznych – traktują śmierć takich wszechmocnych polityków także jako sygnał kresu epoki. Budzi to ich refleksję nad skończonością świata oraz poczucie bezradności. Skoro nawet dyktator nie jest w stanie żyć wiecznie, bardziej dociera do nas własna śmiertelność, boimy się. A ten lęk z kolei potęguje inne emocje, takie jak na przykład żal.

A jednak wiele jest głosów, że pokazywane w mediach sceny histerii to manipulacja. Po czym można poznać, czy są reżyserowane, czy autentyczne?

Manipulacja medialna w podobnych przypadkach nie polega na tym, że ktoś prosi przypadkowe osoby, żeby się rozpłakały przed kamerą, tylko wyszukuje te, które autentycznie rozpaczają. Reakcje są więc naturalne, lecz selektywnie dobrane. Czasem jakąś informacją może być to, jak duże są pokazywane grupy – czy to kilka osób, czy cały plac żałobników. Z drugiej strony nawet to, że ludzie zbierają się w jakimś miejscu, nie musi znaczyć, że cierpią, tylko, że chcą uczestniczyć w momencie historycznym. Albo muszą oddać hołd, bo ktoś im to nakazuje. Ponadto, płacz uczestników takich zgromadzeń nie musi być wynikiem refleksji, a jedynie skutkiem tego, że płaczą pozostali. Badania pokazują, że w towarzystwie płaczących osób inni ludzie też zaczynają płakać nawet, jeśli nie wiedzą, co jest przyczyną łez. Te manipulacje są więc możliwe - jestem jednak przekonany, że przynajmniej częściowo rozpacz Koreańczyków jest prawdziwa.

Czy ból po śmierci tyrana mogą odczuwać także ci, którzy sami doświadczyli krzywd - na przykład stracili bliskich?

Nasza historia pokazuje, że nawet ludzie, którzy ucierpieli w czasach stalinowskich, czasem odczuwali sentyment i żal po śmierci Stalina. Ludzie często mówią w takich chwilach „całe moje życie było z nim związane, to część mojej własnej historii”. Widzę w tym jakąś formę tzw. syndromu sztokholmskiego: porwani, zakładnicy doznają pozytywnych odczuć wobec swoich oprawców i potrafią bronić ich przed sądem. To skutek wspólnych doświadczeń, które ich łączą. Fakt, że Korea Północna jest izolowana od świata, sprawia też, że ludzie tam nie mają wielu innych bodźców i tematów do omawiania niż te, którymi bombardują ich reżimowe media. A wiemy z szeregu badań, że im częściej coś się pojawia w mediach, tym wydaje się istotniejsze. Czesi – mimo, że doznają wielkiej straty - nie wpadają w tak spektakularną rozpacz po śmierci Vaclava Havla, bo w każdej chwili mogą przełączyć telewizor na kanał, na którym nie ma mowy o tym zdarzeniu, albo wejść na rozrywkową stronę internetową i zająć się czymś innym. W efekcie, paradoksalnie, śmierć Vaclava Havla, który walczył o demokrację, wydaje się budzić słabsze emocje niż śmierć Kim Dzong Ila, który z demokracją walczył.

 

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj