Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Społeczeństwo

Truskawkowy nacjonalizm

Polityka

Nigdy nie rozumiałam pod tym względem moich dziadków. „Niemieckie truskawki są najlepsze” – powtarzali i czekali na sezon.

Czasami nie mogli oprzeć się pokusie i truskawki kupowali już w kwietniu. Opowiadali potem z pogardą: „U Aldi były dzisiaj truskawki, naja!, postanowiliśmy kupić”. I jak? „Smakowały jak woda!”. Okazywało się potem oczywiście, że truskawki te pochodziły z Hiszpanii albo Holandii. Co dziadkowie zawsze podkreślali, sugerując, że nikt poza Niemcami nie potrafi się obchodzić z tym owocem.

Kiepski to stereotyp – jak sądzę – wobec krajów, które eksportują warzywa i owoce.

Nie jest łatwo. Oczywiście miewamy pecha do truskawek z Hiszpanii – zdarzy się, że wybierzemy coś z muszli klozetowej, jak to się mawia po niemiecku (o idiomach pisałam poprzednim razem). Ale podobnie bywa z truskawkami z Niemiec. Trudno trafić – raz są wodniste, raz kwaśne, innym razem czuć tylko włókna. Niedobrze też, jeśli są za miękkie. Wiele osób – w tym moi dziadkowie – sądzi jednak, że niemieckie truskawki są od maja do sierpnia idealne. Jest sezon, hallo?! Są więc i owoce „made in Germany”. Ale czy etykieta „made in Germany” czyni rzeczy lepszymi?

Zawsze marzył mi się eksperyment – chciałam zaserwować dziadkom truskawki niemieckie, hiszpańskie, holenderskie i polskie, żeby odgadli, które pochodzą z Niemiec. Jestem przekonana, że nie daliby rady i byliby tym zaskoczeni.

Ich stosunek do truskawek – jako dobra niemieckiej kultury – poznałam już jako dziecko.

Polityka 28.2015 (3017) z dnia 07.07.2015; Blogi POLITYKI; s. ${issuePage}
Reklama