Autobiografia Janusza Głowackiego
Widok z okna
W moim pokoju na Manhattanie mam pięć okien. Jeżeli się dobrze wychylę przez jedno z trzech wychodzących na 101 ulicę, widzę rzekę Hudson, w tym miejscu wąską, czyli szerokości czterech Wiseł. Paręnaście ulic stąd Izaak Singer, kiedy się już przeprowadził na Manhattan z Brighton Beach, obserwował cienie nad Hudsonem. Singer się martwił, że w Nowym Jorku za dużo się dzieje i dlatego nic nie widać. Więc żeby spokojnie popodglądać, pod koniec się przeniósł do Miami.
Janusz Głowacki
Mariusz Kubik/Wikipedia

Janusz Głowacki

Czytaj także

Przez dwa okna wychodzące na West End Avenue, bez wychylania, widzę synagogę, a sto metrów dalej, nad willowymi domkami prowadzącymi w stronę Central Parku, sterczą wieżowce Broadwayu. Na dachu jednego z nich umieszczono ogromną, przykrytą wieńcem trumnę. Pod nią ostrzegawczy napis: „Papierosy cię zabijają”. Mnie to akurat wisi, bo nie palę.

Marek Piwowski nakręcił kiedyś antyalkoholową reklamówkę. Ten temat jest mi zresztą bliższy. W otwartej trumnie leżał Himilsbach. Nagle sztywno jak wampir siadał i ostrzegał: „Kto pije, krótko żyje”, i kładł się z powrotem. Kiedyś napisaliśmy z Markiem Piwowskim scenariusz filmowy pt. „Ja się do polityki nie mieszam”. Wszystko się miało dziać w międzywojennej Polsce. Najpierw odrzucił go bez podania przyczyn mój były szef Janusz Wilhelmi, a zaraz potem w telewizji mój były kolega redakcyjny Janusz Rolicki, z przyczyn, że to jest niby o Michniku, co nam akurat do głowy nie przychodziło. W psychiatrii jest taki test nazywany „testem białej kartki”. Jak się alkoholikowi w ostatnim stadium delirium pokaże kawałek czystego papieru, to on zaczyna bardzo płynnie go odczytywać, wyliczając wszystkie swoje obsesje i wymieniając nazwiska wyimaginowanych nieprzyjaciół. Akurat Janusz Rolicki nie pił w ogóle, ale podobnie jak najrozmaitsze władze i cenzura czytał płynnie.

Piwowski, żeby wyjść z depresji, nakręcił na bardzo drogiej taśmie Kodaka jedyny w PRL-u krótki, ale piękny film pornograficzny, zrobiony za państwowe pieniądze. Film zastrzeżeń cenzury nie wzbudził. Miał intencje szlachetne, bo ostrzegał przed mocno rozpowszechnionymi wenerycznymi chorobami. Akcja polegała na tym, że na ekranie kilka uśmiechniętych par wykonywało prace erotyczne w mniej lub bardziej wyszukanych pozycjach, po czym pojawiał się napis: „Oto najczęstsze sposoby zarażenia”. Pamiętam długi szereg młodych aktorek czekających w korytarzu na Chełmskiej na próbne zdjęcia. Film zamówiła Wytwórnia Filmów Oświatowych i Marek bardzo się starał załatwić wyświetlanie tego utworu przed jednym z filmów Krzysztofa Zanussiego. Szefowie wytwórni obejrzeli film kilka razy, uznali za wybitne dzieło sztuki, ale jednak mieli wątpliwości. I film Zanussiego kolejny raz nie zrobił kasy.

No więc siedzę przy oknie, czytam patriotyczne przemówienie George’a W. Busha w sprawie Iraku i terroryzmu, utrzymane w tonacji przemówień Edwarda Gierka. „Nie spoczniemy, póki ostatni terrorysta nie zostanie schwytany”, i tak dalej, i jak zawsze się zastanawiam, czyby nie wrócić do Polski, a co parę minut zerkam na West End. Przed moim domem poza regularnymi przechodniami i joggerami kręcą się dziennikarze z tak zwanych tabloids, czyli „Daily News” i „New York Post” – czyli czegoś w rodzaju naszego „Super Expressu” i „Faktu”. Polują na moją 23-letnią córkę Zuzę, która podrosła i pracuje w „New York Timesie”. Chcą ją znaleźć, przepytać, a zwłaszcza sfotografować, bo jej przyjaciel, reporter Jayson Blair, stał się bohaterem może największej w historii amerykańskiego dziennikarstwa afery. W czystym jak łza i wiarygodnym do ostatniej kropli krwi „New York Timesie” wydrukował jako swój przepisany z jakiejś malutkiej prowincjonalnej gazety artykuł, a także fikcyjne rozmowy z rodzicami walczących w Iraku marines. Dziennikarze z ulicy muszą mieć zdjęcia Zuzi, bo się dowiedzieli, że się z Jaysonem przyjaźniła.

Naprawdę chodzi o to, że Zuzia jest biała i jest blondynką, a Jayson jest czarny. Więc jakby jeszcze byli kochankami, to już by była całkiem przyzwoita story. Zuzia w Nowym Jorku dorastała w tempie przyspieszonym. Najpierw się zmieniła z przestraszonej małej dziewczynki w ubraną w ciężkie buciory z kolcami i oplecioną łańcuchami uczennicę z artystycznej szkoły PS. 41 w Greenwich Village. Zaraz potem w grzeczną uczennicę z elitarnej szkoły prywatnej dla panienek z dobrych domów, czyli Nightingale-Bamford. Potem w studentkę Liberal Arts w Bard College. I za chwilę już ją przyjęli do „New York Timesa”. Po drodze była w samolotowym wypadku. Jumbo Jet, którym miała lecieć do Miami w straszliwą burzę śnieżną, się poślizgnął, wypadł ze startowego pasa i ściął skrzydłem betonową wieżę, zgubił silnik, połamał koła i zarył nosem w śniegu. W samolocie kilkanaście foteli zostało wyrwanych, w powietrzu latały walizki, jęczeli lekko i ciężko ranni, a 13-letnia Zuzia nakręciła to wszystko kamerą wideo. Chwilę potem otoczyli ją polujący na nieszczęścia szakale z telewizji. Zobaczyli, że kręci, więc pomyśleli, że jest jednym z nich i kanał Fox 5 odkupił od niej kasetę. A od niego odkupiły kanały inne. Wieczorem wszystkie pokazywały to, co Zuzia nakręciła. Nazywali ją wtedy dzielną młodą Amerykanką. Ale teraz „Daily News” pisze: „Tajemnicza kobieta z Polski”. Tak czy inaczej koniecznie jest potrzebne zdjęcie Zuzi. Bez zdjęć nie ma rozmowy. Same słowa już są do niczego. Czytelnicy tabloidów nie chcą słów. Chcą krwi i mięsa, słowa mają gdzieś. Zwłaszcza że nie każdy czytelnik umie czytać.

Więc reporterzy czekają, wymieniają się, wypytują sąsiadów, przysyłają mi przez portierów listy, że „to wszystko dla prawdy”, „Tylko prawda nas interesuje”, „Dzianus help us!”. Ale ja piszę dla teatru i wiem, o co chodzi i oni też wiedzą, że ja wiem, ale próbują. A jak na razie demaskując kłamstwa Blaira, w poszukiwaniu prawdy kłamią coraz bardziej. To, czego oni nie wiedzą, to jest to, że Zuzia już od roku się wyprowadziła. I trochę się martwię, że jeżeli najbardziej przebojowi reporterzy nie umieją zdobyć nowego adresu i telefonu Zuzi w Nowym Jorku, to czy aby CIA na pewno da radę odnaleźć Osamę bin Ladena.

Ja nie będę ukrywał, że to zamieszanie koło Zuzi i Ewę, i mnie mocno trzasnęło. Pocieszało nas, że my oboje strasznie chcielibyśmy, żeby została prawdziwą Amerykanką, weszła w system i dlatego tak się cieszyliśmy, że pracuje w „New York Timesie”. Ale jakoś zapomnieliśmy, że prawdziwą Amerykanką to ona była od początku, a teraz stała się przez przypadek częścią czegoś o wiele bardziej amerykańskiego niż system, czyli skandalu.

Między reporterami się kręci Japończyk transwestyta. Bo gdyby jego zdjęcie się pokazało na gossip, czyli plotkarskiej kolumnie w „New York Post”, to kto wie, mógłby to być początek kariery. Więc Japończyk trochę histeryzuje i słyszę z czwartego piętra, że odwołuje się do wyższych uczuć. Opowiada o trudnym dzieciństwie, przeprasza za Pearl Harbor, ale transwestyci są już niemodni i nikt nie chce zmarnować na niego kliszy.

Niby powinienem zasłonić okno, się skupić, pisać, ale ciężko jest przetrzymać ograniczenie ścianami. Tyle że z takim nieograniczeniem ostatecznym też nie jest zawsze lekko. Josif Brodski powiedział, że nie może wytrzymać oceanu, dopóki nie zobaczy jakiegoś żagla albo komina statku. Jak już jest jaki najmarniejszy nawet punkt zaczepienia, to się daje wytrzymać. Tak samo jest z mieszkaniem mimo okien. Na dłuższą metę samemu trudno, więc się kogoś wpuszcza. Kobietę na przykład. I jest chwila ulgi. Ale potem już nie można tego tłoku wytrzymać, się ją wyprowadza i znów można żyć. I potem od nowa. Nie ma wyjścia. Mdłości chwytają, coś jak bohatera w programowej książce Sartre’a. Ale Sartre, żeby przyzwoicie wyłożyć program egzystencjalizmu, potrzebował całej powieści. U nas w Polsce to się daje ująć krócej. Ktoś idzie sobie na przykład ulicą, widzi faceta, który rzyga, i mówi: „Całkowicie się z panem zgadzam”. Tyle że polski egzystencjalizm traci czystość, bo się zawsze troszkę politycznie kojarzy. Brodski odradzał mi wymianę kobiet. Bo po trzech latach wszystko jest tak samo, tyle że przybywa rachunków na biurku. Ale wymieniał.

Michał Kott, syn profesora Jana, jeden z najinteligentniejszych ludzi, jakich znam, który przez omyłkę zamiast pisaniem zajmuje się sprawą beznadziejną, czyli nauczaniem wschodnich Europejczyków demokracji, dostał w college’u w Ameryce nagrodę za esej o perwersjach. Napisał, że perwersja to jest głównie brak kontaktu między partnerami. Dlatego za perwersję uznał, na przykład, zdecydowanie jednostronną nekrofilię, ale w żadnym wypadku wykonywany z pasją i za obopólną zgodą układ sado-maso. Z kolei wygląda, że jest nią stosunek małżeński, bo mechaniczny, a więc bez kontaktu. Ale co z tego. Michał ma żonę i trójkę dzieci.

No i już czas, żeby wyjrzeć przez okno. Większość reporterów poszła na kawę do Starbucksa, zostali tylko ci z aparatami i siwy bezdomny Murzyn, co sobie śpi na chodniku. Między nimi przepycha się smutna procesja. Starszy, wymęczony mężczyzna ciągnie niską drewnianą platformę do przewożenia mebli, na czterech żelaznych kółkach. Siedzi na niej ogromny i bardzo stary pies. Platformę z tyłu popycha kobieta. Pewnie boi się, żeby mąż nie dostał zawału. Pies siedzi smutny i obojętny. Wiem, gdzie jadą, dwie ulice dalej jest szpital dla zwierząt. Tam się usypia stare i chore zwierzęta. Wygląda na to, że pies odbywa swoją ostatnią podróż i że o tym wie. Stary Murzyn się budzi, uprzejmie podciąga nogi i platforma przejechała. Co to jest, że dramat zwierząt bardziej mnie porusza niż ludzi. Ze „Zbrodni i kary” poza moimi ulubionymi postaciami Marmieładowem i Świdrygałowem najlepiej pamiętam zatłuczenie konia przez oszalałego z żądzy mordu woźnicę. Czy chodzi o to, że bezbronność zwierząt jest na tle ludzi bardziej bezbronna? Że nie rżną albo nie zabijają dla przyjemności? Sławny reżyser z dawnego Hollywoodu Cecile de Mille po obejrzeniu materiału z jakiegoś filmu powiedział: „Nie lubię tego bohatera. Dać mu psa”. Tak czy inaczej psy traktuje się na Manhattanie z większym zrozumieniem niż ludzi, oczywiście nie na tyle, żeby zaraz ten kondukt sfotografować. Po chwili Murzyn znów wygodnie wyciągnął nogi. Transwestyta pokręcił się jeszcze chwilę i zniknął. Zuzia na razie wzięła z „New York Timesa” urlop.

Z dachu mojego domu na West End Ave jest bardzo piękny widok na Riverside Park i rzekę Hudson. Dach jest płaski, szeroki i idealnie nadaje się do opalania. Ja byłem na nim tylko raz, 11 września 2001, kiedy drugi samolot uderzył w drugą wieżę. Razem z Zuzią wjechałem windą na dziewiętnaste piętro. Stała tam już i patrzyła na czarny dym i płomienie sąsiadka z piętra czternastego. Przed godziną jej mąż zabrał ośmioletniego synka, żeby pokazać mu World Trade Center. Po pierwszej eksplozji zadzwonił z komórki, że są OK. Po drugiej już nie zadzwonił. Przytuliła Zuzię i powiedziała: „Przepraszam cię, że musisz na to patrzeć. To nasza wina. To nasze pokolenie spieprzyło ten świat, ale ty nie powinnaś za to płacić”. Potem pojechała na dół miasta szukać męża i synka. Obaj nie żyli.

W moim pokoju w Warszawie na ulicy Bednarskiej mam okno tylko jedno. Ale też sporo widać. Okno wychodzi na parking samochodowy, od ulicy odgrodzony kamiennym sięgającym powyżej pasa murkiem oraz po bokach łańcuchami takimi jak na skrzyżowaniach. Po drugiej stronie parkingu jest przekleństwo, moje małe prywatne piekło. Kara za wszystkie świństwa, jakie w życiu zrobiłem i jakie jeszcze zrobię, czyli szkoła muzyczna. Tłum może zdolnych, a może nie, uczniów katuje w niej od rana do wieczora instrumenty i gardła. Wiosną, latem i jesienią stoją w otwartych oknach i grają na trąbkach i tym podobnych. Kiedyś osłaniały mnie dwie topole, ale jedną wycięli, bo alergię wywołuje, a trąbka i wycie jej, nie. Topola druga na szczęście jeszcze żyje. Mieszkańcy dookoła znoszą szkołę pokornie. Są pogodzeni z losem. Socjalizm przyzwyczaił ich, że nic się nie da zmienić. Nie wierzą, że mają jakieś prawa. Ja też nie wierzę. Coś tam próbowałem, ale nie wyszło, więc zamykam okno, wsadzam korki w uszy, a jak już zupełnie nie mogę wytrzymać – jadę do Nowego Jorku.

Jeżeli się dobrze wychylę, przez to jedyne okno widzę Agencję Towarzyską, wieczorem oświetloną ładnie, na różowo. Ona też ma związek z muzyką. Zawsze wiem, kiedy jest w Warszawie koncert chopinowski, bo na Bednarską 23 sunie wtedy wężyk Japończyków.

Na lewo od parkingu jest restauracja „Pod Retmanem”. Teraz jest w niej smutno i pustawo. Co jakiś czas zajeżdżają autokary z zagranicznymi wycieczkami. Wtedy przebrani za krakowiaków skinheadzi obejmują wytatuowane na ramionach krakowianki i tańczą dla Niemców kujawiaki. Niedawno szedłem wieczorem do domu, a z drugiej strony murku wystawała głowa parkingowego. „Panie Januszu – zawołał – niech pan pozwoli”. Parę razy mocno potrząsnął moją ręką: „Pan nawet nie wie, jak ja pana szanuję. Przepraszam, że w tej chwili oddaję mocz”. Pomyślałem, że chyba jednak powinienem wrócić do Polski.

W latach sześćdziesiątych „Pod Retmanem” to była kipiąca życiem restauracja rzemieślników. Co noc przychodzili tu twardziele, których nie potrafiła złamać dintojra urzędów podatkowych. Tu obchodzono imieniny i urządzano wesela. Wpadając na wieczorną „setę”, nasłuchałem się unoszących się w niebo lirycznych westchnień, namiętnych obietnic i czułych wspomnień o gorących poślubnych nocach: „Dałem jej po pysku, żeby wiedziała, i odbiłem konia, żeby nie myślała, że mi na niej zależy”.

Później na parkingu odbywały się porachunki. Kuśnierze tłukli się z producentami plastiku, szewcy ze stolarzami. Uczucia, jak u wielkich pisarzy rosyjskich, wybuchały nagle i gasły. Raz złodziej, uciekając z czyimś portfelem, zawadził o łańcuch, runął na ziemię i złamał nogę. Okradziony dżentelmen podbiegł do niego, ściskając w dłoni rozbitą butelkę, ale kiedy zobaczył, że człowiek zwija się z bólu, natychmiast doznał migotania uczuć. Mimo że padało, ściągnął marynarkę, podłożył mu pod głowę i zaczął pocieszać: „Leż sobie, leż spokojnie, ty biedny złodzieju”. Tyle że za chwilę, w związku z wywołanym przez koniak, winiak, jarzębiak i soplicę wahnięciem, krzyknął: „Oddawaj, kurwo, złodzieju, marynarkę”.

W tej restauracji, a właściwie w jej podziemiach, umieściłem akcję mojego długiego opowiadania „Paradis”. To było już dwa czy trzy tomy po „Wirówce nonsensu” i byłem, jak to często pogardliwie pisano, pisarzem środowiskowym, o którym poza Kawiarnią literacką nikt nie słyszał, na dodatek pozbawionym instynktu moralnego. Na ten mój brak narzekano ze wszystkich stron. Z jednej, że pracuję nie tam, gdzie trzeba, czyli w warszawskiej „Kulturze”, na dodatek tak się składa, że ulegam uczuciom z pewnością dalekim od bezinteresowności w stosunku do malarki Bożeny Wahl, siostry żony Romana Bratnego. Do tego Janusz Wilhelmi, chwaląc mnie za jakąś książkę w jednym z felietonów, porównał to co piszę z twórczością lansowanego przez partię, znienawidzonego przez opozycję, Andrzeja Brychta. Życzliwy mi Henryk Krzeczkowski zapytał wtedy: „Dlaczego Wilhelmi aż tak cię nienawidzi?”.

Z drugiej, na przykład Zdzisław Andruszkiewicz, redaktor naczelny „Walki Młodych” i późniejszy kierownik wydziału prasy KC, też miał co do mnie wątpliwości, którymi w roku 1970 podzielił się z czytelnikami tego pisma w poświęconym mi w całości artykule pt. „Wątpliwości zostały rozbudzone”. Pisał tam między innymi: „Czy literatura ma wychowywać? Czy ma mówić głosem swych bohaterów o trudzie budowania, tworzenia nowych wartości moralnych, nowego człowieka? Czy ma rozruszać, dostarczać przeżyć i sił do walki o świat lepszy, bardziej celowo i po ludzku urządzony? Głowacki powiada, że nie. Głowacki odrzuca społeczne funkcje literatury, jej obowiązek uczestniczenia w socjalistycznej świadomości”. „Zupełnie wystarczy – powiada – jeśli literatura będzie budzić wątpliwości, zmuszać do refleksji”. Oto credo Głowackiego... A potem: „wystarczy lada podmuch, by spowodować całkowitą bezradność, zagubienie załamanie. Przypomnijmy sobie postawy wielu studentów w dniach marcowych 1968, postawy tych młodych ludzi, których niedostatecznie wyposażono w umiejętność rozpoznawania, gdzie swój, gdzie wróg”. No i bardzo proszę.

Ale mimo wszystko szło mi nieźle. Zaprzyjaźniłem się z dużym i małym Heniem, czyli Krzeczkowskim i Berezą. Z Markiem Piwowskim wykonaliśmy „Psychodramę” i „Rejs”. Komplementowali mnie Iwaszkiewicz, Słonimski i Kisielewski. A kiedy napisałem opowiadanie „Polowanie na muchy”, Andrzej Wajda zadzwonił, że chce to nakręcić.

Opowiadanie było o słabiutkim i bezradnym mężczyźnie, którym manipulują silne kobiety-modliszki. Niby chcąc go uszczęśliwić, ale naprawdę, jak każde uszczęśliwianie na siłę, wpędzając w głęboką depresję. To był troszkę nowy w polskim kinie, a zwłaszcza u Wajdy, rodzaj bohatera zaplątanego w szarą rzeczywistość, bo mu się po nocach nie przypomina ani wojna, ani obóz, ani chociaż Niemiec z psem owczarkiem. A kiedy rozpina rozporek – to ze środka nie sypią się łuski.

Było to także dość świeże podejście do kobiet i na kolaudacji filmu przedstawicielka Ligi Kobiet oświadczyła, że ten film obraża polskie kobiety, które bohatersko zdały egzamin w czasie okupacji. Opowiadanie istotnie było cokolwiek mizoginiczne. Mnie akurat rzuciła malarka Bożena Wahl – pierwsza kobieta, z którą mieszkałem, i pierwsza, która mnie namawiała, żebym pisał. Zrobiła to zresztą pod głupim pretekstem, że ją cały czas zdradzam, więc byłem rozżalony. A znów Beata Tyszkiewicz rozstała się burzliwie z Andrzejem Wajdą, więc on też miał coś do powiedzenia na temat niszczących kobiet. Zabawne było to, że zaraz po rzuceniu Wajdy Beata się zgłosiła spokojnie na próbne zdjęcia do głównej roli – czyli kobiety-modliszki. Wajda jej nie wziął, więc już miał drobną satysfakcję. A tę rolę zagrała znakomicie bardzo piękna Małgosia Braunek. Tyle że w czasie kręcenia się zakochała w reżyserze Andrzeju Żuławskim, który ją natychmiast z lekka wyssał. Jak widać, czegoś prawdziwego ta opowieść dotykała. Andrzej Wajda tego filmu nie lubi, a ja też za nim nie przepadam. Opowiadanie jest smutno-szaro-śmieszne, a film je jakoś ubarwił i ugroteskowił. Ale i tak byłem szczęśliwy, bo film z Andrzejem Wajdą to wtedy lepiej w Polsce nie było można. Zresztą – Zygmunt Kałużyński, który miał najwyraźniej jeszcze większy żal do kobiet, napisał entuzjastyczną recenzję pt. „Świat zatruty przez panie”.

Już trochę wcześniej, bo zaraz po „Wirówce”, Jerzy Andrzejewski wypytywał, czy się nie boję sukcesu, bo on po sukcesie „Ładu serca” był przerażony, co będzie dalej. Ja nie byłem, ale mówiłem, że jestem, bo nie chciałem, żeby mnie wziął za jakiegoś niewrażliwca.

Wieczorami wpadałem czasem do Jerzego, bo o Andrzejewskim się mówiło Jerzy, tak jak o Michniku – Adam, a o Wałęsie – Lechu. Więc u Jerzego na półce z książkami stało zdjęcie pięknego chłopca z jasnymi falującymi włosami. Szczerbaty Bolek z Targowej, który też tu czasami wpadał, krzywił się, że na takich falach by Batory utonął. Ale to była czysta zazdrość, bo chłopak ze zdjęcia był piękny naprawdę i to był Krzysztof Kamil Baczyński. A Jerzy był nim naprawdę zafascynowany, i ile razy się kimś mniej lub bardziej przelotnie zachwycał, odkrywał w nim fizyczne podobieństwo do Baczyńskiego. Pięknego poetę przypominał mu i Hłasko, i Skolimowski, Krzyś Mętrak i Szczerbaty Bolek z Targowej i pisarz Andrzej Pastuszek, o którym Jerzy napisał w jakimś felietonie: „Dziś znów odłożyłem Dostojewskiego i wróciłem do Pastuszka. Dobry Boże, cóż to za talent”, i pewnie Antoni Libera, kiedy pomagał Jerzemu pisać „Miazgę”.

Ja wpadałem do Jerzego na Pragę z młodziutkim krytykiem Krzysztofem Mętrakiem, który był rzeczywiście do Baczyńskiego podobny, a miał wtedy 21 lat oraz przeżywał okres świetności. Zadebiutował znakomitym esejem w „Twórczości”. A „Twórczość” wydawała wtedy w sprawach literatury wyroki niepodważalne i wszyscy wielcy pisarze z tego miesięcznika – i Stryjkowski, i Andrzejewski – żądali, aby o ich książkach pisał tylko Krzysio. Jerzy się Mętrakiem zachwycał, ale Mętrak wiedział chyba więcej ode mnie, bo bał się naprawdę, co będzie dalej i zaczął bardzo dużo pić. Piliśmy wtedy wszyscy bardzo dużo, tyle że Krzysztof pił za dużo. Co to było za dużo, to trudno powiedzieć. Świetny satyryk Janusz Minkiewicz, jak się go ktoś zapytał, ile codziennie pije, odpowiadał: „Łatwiej mi będzie powiedzieć ile piję, kiedy nie piję. Otóż, kiedy nie piję, to piję pół litra”. Krzysztof pił, a pisał i drukował za dużo, rozmieniał swój świetny talent na drobne. Parę lat później Jerzy, któremu falowanie uczuć nie było obce, zapytany o Krzysia machnął ręką i powiedział: „Przetańczyła jedno lato” – był wtedy modny szwedzki film pod tym tytułem.

Ja mam do Mętraka stosunek sentymentalny. Był pierwszym krytykiem, który w ogóle o mnie napisał. Spędzaliśmy razem sporo chwil, czasem strasznych, czasem zabawnych. Może gdyby trzymał się literatury, nie skończyłoby się to tak smutno.

Ale zaczął pisać o filmie, sztuce w ogóle podejrzanej i zaraz tłum podejrzanych reżyserów i aktorów zaczął się z nim zaprzyjaźniać, licząc, że coś tam o nich dobrego napisze. No i potem się już tak porobiło, że Krzysztof coraz częściej pierwszy przychodził do SPATiF-u i prawie zawsze ostatni z niego wychodził. Raz na Festiwalu Polskich Filmów w Koszalinie, co od początku brzmi dobrze, na którym bez powodzenia startowało „Trzeba zabić tę miłość”, Krzysztof był przewodniczącym jury. Ale, jak to pięknie i poetycko ujął prezydent Wałęsa, mówiąc o swoim ulubionym współpracowniku Wachowskim – poszedł w ludzkie słabości. I w związku z nimi na posiedzeniach jury ani razu się nie pojawił. A kiedy jurorzy udawali się elegancką nyską na końcowe obrady, minęli Krzysia, który kołysząc się, ale nie padając, siusiał przed głównym wejściem do sali konferencyjnej.

Ale po ogłoszeniu werdyktu Krzysztof zaczął odczuwać moralny niepokój i przyszedł się poradzić, czy mu aby na pewno wypada wziąć pieniądze za przewodniczenie jury, w którego obradach nie brał udziału. Ja go namawiałem, żeby brał, bo kasa jest kasa, a co to w ogóle za różnica, ale Krzysztof pokręcił ponuro głową, że jednak nie, nie weźmie. I poszedł poinformować o tym pozostałych jurorów. Ale za chwilę wrócił rozpromieniony i z pełnym portfelem.

– Wpadli w panikę. Powiedzieli, że to będzie odczytane jako wotum nieufności i gest polityczny. Ubłagali mnie.

No to poszliśmy się upić. Był między nami rodzaj porozumienia. On mi przebaczał, że nie mam problemu z alkoholem, a ja to co alkohol z nim robił.

Jerzy był wtedy po „Bramach raju” i „Idzie skacząc po górach”. Zabierał się do „Miazgi” i był w świetnej formie pisarskiej. Ja nie mówię, żeśmy go podziwiali tak jak Szatow czy młody Wierchowienski Stawrogina. Ale jednak nie mieliśmy wątpliwości, że to jeden z największych pisarzy europejskich, a już co jak co, ale Nobel to mu się należy. Zresztą Jerzy się z tym w zupełności zgadzał. W jego mieszkaniu mówiło się dużo o literaturze, alkohol płynął jak rzeka, a czasem Jerzy coś czytał. Wprawdzie Henio Bereza się wykrzywiał, że u Jerzego trochę męcząca jest konieczność chwalenia wszystkiego od prozy po skarpetki. Ale mnie imponowały Andrzejewskiego książki, sława, złote binokle i drogie garnitury, bo my wszyscy chodziliśmy obdarci w związku z biedą albo modą. No i nonszalancja, z jaką ironizował na temat swój i świata. Kiedyś powiedział mi, że swój sławny list do prezesa Związku Czeskich Pisarzy Goldstückera, potępiający inwazję państw Układu Warszawskiego na Czechosłowację, list, który wywołał furię Gomułki i Kliszki, napisał wyłącznie z pychy. „Czułem – powiedział – że ktoś to powinien zrobić, a wydawało mi się, że ja najlepiej pasuję”. Mówił szczerze czy pozował, cóż to za różnica? Komuniści mieli z Andrzejewskim straszny kłopot, bo z jednej strony kochali „Popiół i diament”, z drugiej jawna pogarda Jerzego, wystąpienie z partii, ten list do Goldstückera, a później drukowanie w paryskiej „Kulturze”. Ale dysydentom z Jerzym też nie zawsze było lekko.

Ktoś opowiadał, że kiedyś przyszedł do Jerzego po podpis na jakimś protestacyjnym liście. A pisarz był bardzo napity, na dodatek akurat odwiedził go Rysio z Bazaru Różyckiego i Andrzejewski powiedział, że owszem podpisze, ale pod warunkiem, że Rysio też podpisze. I trzeba go było długo przekonywać, że podpis Rysia nie jest konieczny. W końcu Jerzy ustąpił, ale z boku narysował króliczka.

Czasami wieczorem wpadał do niego w poszukiwaniu pieniędzy Janusz Szpotański. Troszkę wcześniej studiowaliśmy obaj polonistykę na tym samym roku. Janusz był mocno starszy, ale miał przerwę w nauce. Opowiadał, że kiedyś kopnął jakiegoś partyjniaka, a ten przeprowadził dowód, że kopiąc w dupę członka partii Szpot kopnął w dupę całą PZPR. I Szpotańskiego wyrzucili. Podobno zaszkodziła mu też praca na temat „Gribojedow Szekspirem literatury rosyjskiej”, którą on wykonał w wersji „Szekspir Gribojedowem literatury angielskiej”. Ja tę opowieść ściągnąłem do filmu „Polowanie na muchy”. A z jego opowieści o „Wirówce nonsensu” zrobiłem później tytuł swojego debiutanckiego zbioru opowiadań. Umieściłem tam zresztą Szpota jako Jana B., wygłaszającego o wirówce dłuższy speach.

Szpot był wtedy jeszcze przed operami, więzieniem i dysydencką legendą, a za to jakoś skumplowany przez Jana Józefa Lipskiego z Januszem Wilhelmim. Był ciągle bez forsy. Jedyne pieniądze zarabiał grając w szachy z badylarzami i eleganckimi mecenasami „na górce” w Kawiarni MDM. Kiedyś był podobno sklasyfikowany pod koniec pierwszej dwudziestki polskich szachistów. Wygraną wymieniał od ręki na alkohol, a że wygrywał, jak na tę swoją potrzebę, za mało, więc bezlitośnie tropił darmowy alkohol we wszystkich zakamarkach Warszawy. Ja na studiach obracałem się w najlepszym towarzystwie, wspomniana już Paszcza i Paskuda, paru złodziei, trochę cinkciarzy, którzy ostatnio porobili kariery w biznesie i polityce. Ale głównie Marek Piwowski, aktor Jerzy Karaszkiewictz, Tomek Łubieński, który już za chwilę miał wydać pierwszy tom opowiadań, doktor Arek Uznański, wybijający się pedagog Janek Sosnowski i kończący prawo Włodek Jurkowski ksywka „Synek”, którego zrobiłem bohaterem pierwszego mojego w życiu opowiadania pt. „Na plaży”. Kiedy wpadło nam parę groszy, z rozkoszą przepijaliśmy je ze Szpotem, słuchając jego błyskotliwych, pełnych niewiary w człowieka tyrad. Piło się wszystko, głównie tak zwane wino marki Wino po trzy złote butelka, dużo rzadziej denaturat, czyli tak zwany oślepek, a zagryzało się czasem i trawą. Szpot pił byle co i byle jak, natomiast starannie mieszał życie ze sztuką. Stanowił obiekt straszliwej zawiści wielu początkujących dekadentów z tak zwanych środowisk twórczych.

Mieszkał byle gdzie, chyba najdłużej w wynajętym, ale za darmo, pokoiku na Powiślu, który nazywał dumnie Hotelem, a siebie jego dyrektorem. Hotel był umeblowany tylko przykrytym kocem tapczanem i książkami. W zimie zabezpieczał się od przeciągów, ustawiając barykadę z niemieckich filozofów w oryginale, dodatkowo otulając się ulubionym płaszczem – Emilem. Nagle i niespodziewanie zaprosił nas do „Zamku”, czyli eleganckiej willi na Saskiej Kępie, którą ktoś mu na parę miesięcy powierzył. I tam popijał herbatkę z „Zielonooką”, czyli piękną żoną sławnego adwokata, w której się podkochiwał. Potem znów lądował w slumsach, pokrzepiając się czystą wyborową, Schopenhauerem oraz zapisywaniem swoich blasków i nędz w formie sonetów.

Czasami, polując na szlaku, wpadał na Piwną 4a do rodziców obecnego bogacza z Nowego Jorku – Witka Markowicza.

Witek ma życiorys mocno filmowy. Kiedy się zaczęła wojna, jego rodzice uciekli przed Niemcami do Lwowa. Tam zajęli się nimi Rosjanie i w związku z tym Witek urodził się za Bajkałem. Potem wszyscy wrócili, a następnie przeczuwając rok 1968, trochę wcześniej zabrali się z Witkiem i jego śliczną siostrą Ewą, w której się wszyscy podkochiwaliśmy, do Izraela. Stamtąd Witek już się na własną rękę przeniósł do Nowego Jorku. Jest hazardzistą, więc się zajął loterią, a że w Warszawie studiował matematykę teoretyczną, coś wymyślił, skomputeryzował i został multimilionerem z wszystkimi konsekwencjami.

Państwu Markowiczom powodziło się wtedy o wiele lepiej niż nam wszystkim i wielkodusznie udostępniali nam jeden z pokojów, zawsze pełną lodówkę i alkohol. Więc parę razy w tygodniu odbywała się tam impreza. Wpadał tam studiujący geologię Maciek Wierzyński, z którym się moje losy od szkoły aż po Nowy Jork raz po raz przecinają i który jest jednym z nielicznych Polaków, jakich znam, w ogóle pozbawionym zawiści. Zaglądał kolega z polonistyki Adam Budzyński, prawnik Jurek Wężyk i większość wymienionych wcześniej jako towarzystwo, w którym się obracałem. Poza Paszczą i Paskudą, które niestety były dyskryminowane. Stałym gościem była Monika, córka Janusza Minkiewicza, w której się podkochiwali ci, którzy nie wyznali wcześniej miłości siostrze Witka. Później w Ameryce Monika wzięła z Witkiem ślub.

Szpot pojawiał się na krótko, wygłaszał oskarżycielskie tyrady o okrucieństwie życia, które zmusza go do kontaktów z nami, beznadziejnymi półinteligentami, oraz państwem Markowiczami, czyli bezsensownymi drobnomieszczanami. Podkreślał niezasłużony zaszczyt, jakim jest dla nas kontakt z geniuszem, wypijał wszystko, co było do wypicia, wybuchał szyderczym śmiechem, kiedy uprzejmy ojciec Witka pytał: „Czy pan już zaspokoił pragnienie, panie Januszu?”, i ruszał w drogę.

Zasypiał tam, gdzie mu akurat zabrakło sił, czasem na schodach przykryty Emilem. Raz opowiadał z oburzeniem, że właśnie w takiej sytuacji obudziła go bezceremonialnie całująca się na klatce schodowej para. „Podniosłem się – powiedział z dumą – i wygłosiłem swój sławny speach zaczynający się od słów: wszyscy zakochani to bydło”. Czasem w nocy wpadał do mnie na Bednarską. Kopał w drzwi, budząc moich rodziców, a kiedy szybciutko otwierałem, mijał mnie bez słowa, wchodził do mojego pokoju, padał na małą kanapę i zasypiał. Kiedyś obudziła mnie nad ranem awantura. Okazało się, że Szpot pomylił piętra i zaczął się dobijać do sąsiadów, a kiedy mu otworzono, minął przerażoną kobietę, skręcił tam, gdzie miał być mój pokój, rzucił się na jakiś tapczan i zasnął.

Szpot wpadał do Jerzego i straszył, że jeżeli natychmiast nie pożyczy mu paru setek, napisze co myśli o tej jego bezsensownej książce „Idzie skacząc po górach i podpierając się chujem”. Jerzy pożyczał, a Szpotański mówił z dumą: „Suchy pedał procentuje” i szedł dalej. Ale i tak napisał bezlitosny paszkwil i wydrukował go u Wilhelmiego. Trochę tego żałował, bo Jerzy przestał mu pożyczać.

Wśród tłumu pijanych wielbicieli i wrogów u Jerzego plątał się mały chłopiec – jedyny trzeźwy. Jerzy usprawiedliwiał go, że „ma teraz okres niepicia”. Wszyscy wiedzieliśmy, że to był syn Marka Hłaski i gosposi Andrzejewskiego. Ale Hłasko był już na emigracji i miał inne zmartwienie i machnął na niego ręką. A matka Marka istnienia tego chłopca nigdy nie przyjęła do wiadomości. W końcu chyba Jerzy go usynowił, a potem on gdzieś zniknął.

Ma pewnie teraz około pięćdziesiątki. Henryk Bereza po warszawskim pogrzebie Marka Hłaski został przy grobie dłużej. Powiedział, że kiedy odchodził, z boku podszedł jakiś mężczyzna i bardzo długo stał wśród wieńców. Może to był on... Dziwne i straszne musi być życie nikomu nieznanego syna wielkiej tragicznej gwiazdy polskiej literatury.

 
 
Janusz Głowacki, popularny pisarz i dramaturg, którego sztuki grają teatry na całym świecie, napisał autobiografię zatytułowaną „Z głowy”. Tytuł ma znaczenie podwójne: „Głowa” to bowiem pseudonim artystyczno-towarzyski, jaki nadała pisarzowi Warszawa w latach 70., kiedy był wziętym felietonistą tygodnika „Kultura” oraz wnikliwym kronikarzem miejscowego obyczaju. W swej nowej książce przypomina dawną Warszawę, której był cząstką, jednocześnie w ten sam sceptyczny, ironiczny sposób spogląda na Nowy Jork, w którym mieszka. Widok z okna zupełnie inny, lecz zarazem trochę podobny. Książka ukaże się w październiku.

 

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij