Rozmowa: Żydowskie korzenie
Monachium? Nie jadę!
Przemoc to ostatni ze środków, jakimi dysponuje dyplomacja, ale legalny, jeśli pozostałe zawiodły – mówi Madeleine Albright, sekretarz stanu USA w latach 1997–2001, pierwsza kobieta na tym stanowisku.
materiały prasowe

Dlaczego wciąż szuka pani śladów swojego dzieciństwa?
Madeleine Albright: Gdy zostałam sekretarzem stanu USA, miałam 59 lat i żadnych wątpliwości co do tego, kim jestem. Wiedziałam sporo o swojej ojczyźnie, Czechosłowacji, gdzie 15 maja 1937 r. przyszłam na świat. Potem się okazało, że muszę się jeszcze wiele nauczyć. Nie miałam pojęcia, że pochodzę z żydowskiej rodziny. Ani tym bardziej o tym, że ponad 20 moich krewnych nie przeżyło Holocaustu. Okazało się, że przez prawie 60 lat żyłam z wielką luką w świadomości. Gdy człowiek uświadomi sobie coś takiego, musi odnaleźć się na nowo.

Wcześniej nie miała pani żadnych sygnałów? Przecież naziści zamordowali troje pani dziadków.
Gdy prezydent Bill Clinton w 1993 r. mianował mnie ambasadorem Stanów Zjednoczonych przy ONZ, zaczęłam dostawać listy od nieznajomych ludzi, którzy podawali jakieś nazwiska, miejscowości, daty. Nic mi to nie mówiło. Pod koniec 1996 r., po reelekcji Clintona, wymieniano mnie jako kandydatkę na sekretarza stanu. Niespodzianie napisał do mnie ktoś, kto – jak się wydawało – doskonale znał całą sprawę: „Moi bliscy znali pani krewnych – była to bardzo porządna żydowska rodzina”. To było jak przesłanie z tamtego świata, akurat w chwili, gdy przed nominacją prześwietlano mnie na wylot.

Prawnik, który prowadził przesłuchanie, spytał na koniec: Czy jest coś jeszcze, o czym powinniśmy wiedzieć? Wspomniałam o tym liście i powiedziałam, że jest ktoś, kto utrzymuje, iż pochodzę z rodziny żydowskiej. Reakcją był całkowity spokój: No i co z tego? Przecież prezydent nie jest antysemitą! Podczas świąt Bożego Narodzenia w 1996 r. opowiedziałam o tym swoim trzem córkom i zięciom. Byli zafascynowani, historia naszej rodziny i bez tego jest zresztą pasjonująca. Potem przyszło przerażenie. Zgłosił się do mnie reporter „The Washington Post” i pokazał mi listę ofiar nazizmu, na której widniały nazwiska moich krewnych. Czym innym było dowiedzieć się o swoich korzeniach, a czymś zupełnie innym zderzyć się z horrorem śmierci w obozach zagłady.

Dlaczego rodzice nigdy o tym pani nie opowiadali?
Nie wiem. Po naszym powrocie do Pragi w 1945 r. nigdy nie okazywali smutku ani cierpienia. Mogę tylko snuć domysły na temat przyczyn ich milczenia wobec mnie, mojego brata i siostry. Wydaje mi się, że chcieli chronić nas, dzieci, w nowym życiu w Ameryce. Ocalić nas przed grozą, jakiej nie da się wyrazić słowami. Ale przyznaję, że do takiego wyjaśnienia doszłam dopiero po dłuższym czasie.

 

Fragment artykułu pochodzi z najnowszego 15 numeru tygodnika FORUM w kioskach od poniedziałku 15 kwietnia 2013 r.

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj