Ameryka bije na alarm: islamiści zagrażają Zachodowi
Wojna sprawiedliwa
Dość nieoczekiwanie amerykański minister obrony Chuck Hagel i szef połączonych sztabów generał Martin Dempsey wystosowali bardzo poważne ostrzeżenia o groźbie, jaką dla Ameryki i całego Zachodu może stanowić Państwo Islamskie.
Dziewczyna ze wspólnoty jazydów liczy na to, że zdoła ochronić swoją rodzinę przed bojownikami ISIS.
Adam Rifkin/Flickr CC by 2.0

Dziewczyna ze wspólnoty jazydów liczy na to, że zdoła ochronić swoją rodzinę przed bojownikami ISIS.

Minister Hagel powiedział nawet, że chodzi o grupę terrorystyczną lepiej zorganizowaną i finansowaną niż jakakolwiek inna dotąd znana. Słowem: groźniejszą od Al-Kaidy. Przypomnijmy, że jeszcze przed kilkoma miesiącami w rządowych kołach amerykańskich dość lekceważąco wypowiadano się o tej organizacji, porównując ją z amatorską drużyną ligi szkolnej. Nie myślano wówczas, że fanatycy tak szybko urosną w siłę.

Dlaczego groźniejszą od Al-Kaidy? Waszyngton chce uświadomić zarówno swoim obywatelom, jak i całemu Zachodowi, że Al-Kaida – która zaatakowała nowojorskie wieże w 2001 r. – walczy ze Stanami Zjednoczonymi na pograniczu afgańsko-pakistańskim. A Państwo Islamskie walczy zarówno ze Stanami Zjednoczonymi i światem zachodnim, jak i z samymi muzułmanami i wszystkimi innymi religiami na Bliskim Wschodzie. Ponadto opiera się nie na odległych bazach w Azji czy Rogu Afryki, lecz panuje nad terytorium wielkości całej Wielkiej Brytanii.

Według danych wywiadowczych organizacja polega nie tyle na miejscowej ludności, która jest po prostu sterroryzowana, lecz na około 50 tys. zbrojnych w Syrii oraz około 8–10 tys. takich osób w Iraku. W celach propagandowych sama nazywa siebie państwem – zdecydowanie na wyrost – lecz prawdą jest, że przyciąga dżihadystów z całego świata. Dziś mówi się o 12 tys. fanatyków, którzy zjechali tam z 50 krajów.

Czy aż tak groźne jest owo „państwo” – tego na razie nie wiadomo. Stany Zjednoczone słusznie jednak uważają, że nie mogą dopuścić do dalszego wzmacniania się islamskich fanatyków. Muszą przygotować swoją opinię publiczną, zmęczoną wojnami w Iraku i Afganistanie, do nowej, bardziej energicznej interwencji wojskowej.

Grzechem pierworodnym dzisiejszej tragedii w regionie jest interwencja w Iraku w 2003 r. Ameryka i jej sojusznicy obalili wprawdzie dyktaturę Saddama Husajna. Ale Stany Zjednoczone uwolniły przy tym siły, nad którymi nie potrafiły zapanować. I – co gorsza – pozostawiły za sobą miliony muzułmanów nienawidzących Ameryki. Dziś jednak naprawdę musimy kibicować Waszyngtonowi, bez którego sami Irakijczycy nie dadzą sobie rady.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj