Historyczne wybory w Birmie. Zaskakująco dużo podobieństw do Polski
Kwiaty we włosach
Te wybory są ukoronowaniem transformacji politycznej i gospodarczej rozpoczętej cztery lata temu.
Aung San Suu Kyi
Ravi Choudhary/Reuters/Forum

Aung San Suu Kyi

Znana na całym świecie liderka birmańskiej opozycji demokratycznej, pokojowa noblistka Aung San Suu Kyi (ASSK), wieloletnia więźniarka polityczna junty wojskowej, jeszcze nie ogłosiła zwycięstwa, ale jej partia jest go prawie pewna. Pełne wyniki wyborów mają być znane w poniedziałek po południu.

Gdzie jak gdzie, ale w naszej, pokomunistycznej części Europy, a zwłaszcza w samej Polsce, sprawa birmańska powinna się swojsko kojarzyć. Birma (Mianmar), najbiedniejszy kraj Azji Południowo-Wschodniej, właśnie wybija się na demokrację po ponad pół wieku rządów autorytarnych. W 1990 r. partia Aung San Suu Kyi zdecydowanie wygrała ówczesne wybory do parlamentu, ale wtedy do akcji wkroczyło wojsko i wyniki unieważniło. Władzę przejęli wojskowi. Armia wszędzie ma tendencję do rządów brutalnie tłumiących opozycję w polityce i w społeczeństwie. Nie liczy się z rzeczywistością, łudzi się, że da radę.

W połowie lat dwutysięcznych do wojskowych zaczęło docierać, że jednak nie dadzą rady. Zaczęli – jak ekipa gen. Jaruzelskiego pod koniec PRL – szykować demokratyczne otwarcie w nadziei, że przełamie to izolację junty w polityce międzynarodowej. Obecne wybory są ukoronowaniem transformacji politycznej i gospodarczej rozpoczętej cztery lata temu.

Wybory nie były całkowicie wolne i demokratyczne. Podobnie jak w Polsce u progu naszej transformacji, dla obecnej władzy zarezerwowano z góry jedną czwartą miejsc w obu izbach parlamentu. O pozostałą pulę rywalizują kandydaci z ponad 90 partii, w tym z Narodowej Ligi Demokratycznej, pani Aung San Suu Kyi. Liderka ma siedemdziesiąt lat, duże doświadczenie polityczne, znakomite kontakty w świecie zachodnim, doskonałe maniery.

Publicznie pokazuje się ubrana skromnie, lecz elegancko, z kwiatami we włosach, wywołując niemal nabożny entuzjazm zwolenników. Nie zajęła jednak jasnego stanowiska wobec pozbawienia praw wyborczych muzułmańskiej mniejszości etnicznej Rohingya. Zwalczają ją birmańscy buddyjscy nacjonaliści, co kompromituje ich pokojową religię w oczach opinii zachodniej.

Mimo heroicznej biografii politycznej – ASSK jest córką jednego z ojców birmańskiej niepodległości – jako lider zdradza złe nawyki do koncentracji władzy w partii w swoich rękach, otaczając się wąską grupą ludzi zaufanych. Niedobre wrażenie mogło zrobić jej stwierdzenie, że po wyborach będzie „ponad prezydentem”.

Prezydentem jednak nie zostanie, chyba że zmieni konstytucję zakazującą powołanie na ten urząd osoby, która ma w rodzinie obywateli obcych państw (jej dwaj synowie mają, prócz birmańskiego, obywatelstwo brytyjskie, ich nieżyjący już ojciec był Brytyjczykiem). Ale na razie, mimo przewidywanego zwycięstwa Ligi, na to się nie zanosi.

Wyborcza frekwencja szacowna jest na 80 proc. 30-milionowego elektoratu. Do lokali wyborczych ustawiały się długie kolejki. Ludzie czekali godzinami, ale cóż to jest w porównaniu z długimi latami, które Birmańczycy musieli czekać na nadejście demokracji (tu akurat mamy różnicę z Polską, w której frekwencja w pierwszych częściowo wolnych wyborach w 1989 r. była znacznie niższa).

Entuzjazm Birmańczyków nie powinien jednak przesłonić znaków zapytania ciągle wiszących na przyszłością kraju. Znów widać pewną analogię z transformacją w Polsce. Obecny obóz władzy nie zniknie z dnia na dzień, a nie wiadomo, czy jest gotów do podporządkowania się demokratyzacji, tak jak stało się z generałami i liderami epoki PRL w Polsce po umowie przy okrągłym stole między Solidarnością a ówczesną elitą władzy. W Birmie powtórka z 1990 r. – pucz wojskowy – wciąż jest możliwa.

Zachód wierzy jednak w scenariusz pozytywny. ASSK nie okaże się „wodzem”, lecz będzie czempionką zmian demokratycznych. Efekty zmian nie zagrożą popularności jej obozu. Być może, lecz doświadczenie transformacji krajów postkomunistycznych – a także fiasko, z wyjątkiem Tunezji, „arabskiej wiosny” – pokazuje, że liderzy demokratycznych opozycji w swoich krajach po dojściu do władzy dość szybko tracą sympatię i poparcie mas, które przeprowadzili przez Morze Czerwone autorytaryzmu i tyranii.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj