Archiwum Polityki

Bum-bum tedeum

Stefan Kisielewski wymyślił swego czasu zjadliwy termin „socrealizm liturgiczny” – w reakcji na zwiększone zainteresowanie tematyką religijną ze strony polskich kompozytorów pod koniec lat siedemdziesiątych. O ile jednak wówczas owo sformułowanie Kisiela było nieco pochopne i w wielu wypadkach krzywdzące, to dopiero dziś nabrało pełnej aktualności. Coraz trudniej w tej dziedzinie o dzieła szczere, poruszające i wnoszące coś nowego. Przeważa rutyna i banał, a i najwybitniejsi nie są, niestety, całkiem bez winy.

Dzieje się tak, mimo że warunki wydają się sprzyjające dla tego typu twórczości (a może właśnie dlatego?). Kościół w III Rzeczypospolitej stał się znaczącym mecenasem. Są dla kompozytorów zamówienia i konkursy na muzykę religijną, są też festiwale ją prezentujące; ważniejsze z nich wspiera państwo. Również całkowicie świeckie instytucje inicjują powstawanie dzieł sakralnych. Na przykład na swoje stulecie, obchodzone w zeszłym roku, Filharmonia Narodowa zamówiła u Wojciecha Kilara mszę; dziś „Missa pro pace” odbywa pochód przez polskie estrady filharmoniczne i festiwalowe z okazji – tym razem – siedemdziesiątych urodzin kompozytora.

Polityka 26.2002 (2356) z dnia 29.06.2002; Kultura; s. 58