Archiwum Polityki

Początek długiego końca

Przez rok nie sposób było za Jarosławem Kaczyńskim nadążyć. Kiwał się szybciej niż inni, sprytniej kopał po kostkach i lepiej symulował faule, więc wszystkich ogrywał. Teraz się zakiwał. Potykał się coraz częściej, aż wreszcie stracił piłkę.

Przez ten rok bez większych kłopotów prezes decydował prawie nieodmiennie o niemal wszystkim, co działo się w Polsce. Od niego zależało nie tylko to, kto ma ile władzy, kto będzie premierem, a kto marszałkiem Sejmu, jakie będzie stanowisko rządu w najrozmaitszych sprawach i jakie ustawy będą uchwalane, ale w dużym stopniu i to, o czym Polacy myśleli, o czym się w Polsce mówiło, w jakim tonie toczyła się rozmowa, co i jak opisywały gazety. Od niego zależało, jakie tematy otwierały wieczorne programy informacyjne i o czym rozmawialiśmy w domach.

Można się oczywiście było z prezesem PiS całkowicie lub częściowo nie zgadzać, można było z nim polemizować, ale nie sposób było wyzwolić się z tematów, które nam kolejno narzucał. PiS szedł przez nasze życie jak walec. Tuska co chwilę znosili z boiska. Olejniczak co chwilę wyjmował piłkę z siatki. Sędziowie zdawali się bezsilni. Media częściowo podporządkowane, częściowo zahipnotyzowane albo zastraszone. Elity zepchnięte do katakumb, zakwestionowane, lekceważone i wciąż obrażane. Opozycja bezradna, bezczynna i wpędzona w defetyzm.

Jazgot, jaki się wielokrotnie podnosił, bardzo niewiele zmieniał. Wysepki oporu – ministrowie spraw zagranicznych, grupki intelektualistów, skłóceni i chimeryczni liderzy opozycji, inteligenci oglądający „Szkło kontaktowe”, czytelnicy „Gazety” i „Polityki” – zdawały się nie mieć większego znaczenia. W chaosie, który tworzył Jarosław Kaczyński, tylko on czuł się jak ryba w wodzie.

Nieoczekiwana zmiana miejsc

Dziś role się zasadniczo zmieniły. Ze ścigającego wszystkich dookoła PiS stał się ściganym. Może nie przez wszystkich, ale przez zbyt wielu, by mógł lekceważyć rosnące zagrożenie.

Polityka 9.2007 (2594) z dnia 03.03.2007; Temat tygodnia; s. 24
Reklama