Archiwum Polityki

Głośne milczenie

Polacy nie wierzą w taki samorząd, jaki znają – i trudno się dziwić

Pan prezydent martwił się w niedzielę, już po wrzuceniu swoich kartek do urny, że frekwencja wyborcza bliska 50 proc. – tak obliczał na oko – nie wzmacnia polskiej samorządności. Nie wiedział, że jest zdecydowanie gorzej, że jest wręcz fatalnie. Przypomnijmy, że w 1998 r. frekwencja wyniosła 46 proc. i wydawało się, że po wyborach 1990 i 1994 r. (odpowiednio 42 i 34 proc.) tendencja się odwróci, że już teraz Polacy będą wybory samorządowe traktować poważnie i odpowiedzialnie, a ich wyniki na stałe zwiążą ze swoimi oczekiwaniami co do kształtu i sposobu uprawiania właśnie samorządności. W najbliższym otoczeniu, w swojej kamienicy, na swojej ulicy, w swojej gminie, wsi czy miasteczku. Tym bardziej że pojawiła się też nowa szansa, czyli bezpośredni wybór na prezydentów miast, burmistrzów i wójtów, głosowanie na ludzi z imieniem i nazwiskiem.

Stało się inaczej. Polacy nie chcą jak gdyby bawić się w samorządność, przynajmniej w taki sposób, w jaki proponują im politycy. Najwidoczniej nie wierzą w skuteczność tych wyborów, skuteczność, którą dałoby się zmierzyć konkretnymi efektami odczuwanymi i postrzeganymi bezpośrednio wokół siebie. Zresztą było to słychać we wszystkich sondach ulicznych prowadzonych przez telewizje w dniu wyborów. A co tu może się zmienić, nic nie zrobiono i nadal nic się nie będzie robić, a na pewno będzie się robić ciemne interesy – można było usłyszeć od starych i młodych, od pań i panów. Na pewno obraz polskiej samorządności, tej wprowadzanej i realizowanej po 1989 r., jest zły, może nawet za bardzo zaczerniony, do czego przyczyniły się media, które z wielką zawziętością tropiły wszelkie afery i skandale, a nie pisały za często o jakichś sukcesach i zdobyczach konkretnych samorządów.

Polityka 44.2002 (2374) z dnia 02.11.2002; Komentarze; s. 16
Reklama