Archiwum Polityki

Siódme piętro

Ciocia ma z reguły dwadzieścia kilka lat, różowy fartuch, uśmiechniętą, ładną buzię i zapuchnięte, czerwone oczy. Gdy była mała, podobał jej się wykrochmalony na sztywno kołnierzyk i sterylny szpitalny mundurek. Kiedy podrosła, zostawiła więc rodzinną wieś lub miasteczko i pojechała za marzeniami do Warszawy. Marzenia o bielutkim czepku zawiodły ją do łóżek, przy których czasem w ciągu sześciu dni ciocia siedem razy patrzy, jak umiera dziecko.

Kolorowe malowanki na szybach, hałaśliwy przedszkolny kącik z zabawkami i rozbawione maluchy, raz przytulane, raz poganiane przez swoje ciocie – pielęgniarki w różowych kitlach. – To nasze kochane, całuśne łysolce – Marzena oprowadza po oddziale onkologicznym w Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu. – Pięć lat temu przypadkowo trafiłam do pracy na onkologię. Stanęłam w korytarzu i już wiedziałam, że tu zostanę.

Marzena ma 25 lat, mieszka w hotelu pielęgniarskim Centrum, zamiast na wakacje jeździ z łysolcami na kolonie i nie potrafi doliczyć się, ile spośród nich umarło.

Polityka 19.2002 (2349) z dnia 11.05.2002; Na własne oczy; s. 100