Archiwum Polityki

Maj, nie maj?

Biada rządowi, który chce poprawić szanse młodych na rynku pracy. Fala manifestacji na francuskich ulicach i uniwersytetach dowodzi, że najlepsze notowania ma taki, który niczego się nie tyka.

Milion protestujących na ulicach, strajki na 50 uniwersytetach, dwie trzecie Francuzów (68 proc. według ostatnich sondaży) przeciwko nowej ustawie (z lutego) nazwanej CPE (contrat première embauche – umowa pierwszego zatrudnienia). CPE to pomysł rządu premiera de Villepina. Zaniepokojony wysokim, 24-proc., bezrobociem młodzieży (w grupie do 26 lat), rząd postanowił, jak to się mówi, uelastycznić rynek pracy. Ustawa przewiduje, że przed ukończeniem 26 roku życia łatwiej się zatrudnić prosto z ulicy, ale pracodawca może także – w ciągu pierwszych dwóch lat pracy – zwolnić bez żadnych ceregieli i tłumaczenia się pracownikowi.

Rząd liczy, że dzięki CPE przedsiębiorcy pozbędą się ryzyka wożenia się ze źle dobranym pracownikiem i w efekcie – drogą prób i błędów – zatrudnienie wzrośnie. De Villepin powołuje się przy tym na doświadczenia podobnej reformy sprzed kilku miesięcy – CNE (dla odmiany: kontrakt nowego zatrudnienia), dzięki któremu zatrudniono prowizorycznie około ćwierć miliona nowych pracowników (dzięki zniesieniu bardzo skomplikowanych procedur rozwiązywania umowy o pracę), z czego jednak, jak twierdzi rząd, powstało 150 tys. normalnych umów. CNE (odnoszący się do małych firm zatrudniających poniżej 20 pracowników) przeszedł bez echa, choć oczywiście lewica głosowała przeciw. Natomiast CPE rozpętał piekło.

Protestujący studenci (głównie pierwszego roku), licealiści, związki zawodowe i cała socjalistyczna opozycja stawiają z grubsza trzy zarzuty. Pierwszy, że CPE wprowadzono bez należytej dyskusji społecznej, na chybcika. Drugi, że wielkie przedsiębiorstwa są przecież dość zamożne i potężne, by bez uszczerbku ponieść koszt i ryzyko normalnego zatrudnienia młodych pracowników.

Polityka 12.2006 (2547) z dnia 25.03.2006; Społeczeństwo; s. 98
Reklama