Archiwum Polityki

Komary przeciw komarom

Kiedy niedawno użarł mnie komar, złapałem go (a właściwie ją, bo gryzą samice) i sprawdziłem pod lupą, czy przypadkiem nie ma czerwonych oczek. Nie miał. A szkoda.

Moje zainteresowanie urodą komarów wzięło się stąd, że dowiedziałem się o sukcesie inżynierów genetycznych – wśród nich Nijole Jasinskiene z University of California w Irvine – jakim jest wyhodowanie komarów, które – choć nadal są krwiopijcami – nie będą zdolne roznosić zarazków malarii. Eksperymentując z różnymi sposobami wprowadzenia właściwych genów do komarzego jaja pani Jasinskiene zaczęła od genu kodującego czerwony kolor oczu, co pozwoliłoby sprawdzić, czy doświadczenie się powiodło. Po dziesięciu latach prób, w 1997 r., pierwsze czerwonookie komary narodziły się w jej laboratorium.

Od czasu, gdy uczeni skrzyżowali pająka z kozą po to, by z jej mleka produkować nowy rodzaj naturalnego (?), niezwykle silnego i elastycznego włókna, niewiele może mnie zaskoczyć. W laboratoriach medycznych od lat żyją pokolenia myszy będących produktami genetycznej manipulacji, zaś poprawiona kukurydza rośnie już na polach. Skonstruowanie sztucznego komara wydaje się tylko kwestią czasu. I choć stawką w tej genetycznej grze jest życie milionów ludzi, transgeniczny komar być może nigdy nie wyruszy z laboratorium na swą antymalaryczną kampanię. Przeszkodą może okazać się ludzka obawa, że majstrowanie z naturą przyniesie więcej szkody niż pożytku.

Malaria, której przyczyną jest pierwotniak o nazwie zarodziec owalny (plasmodium), powoduje rocznie 1–3 mln śmiertelnych ofiar. Pół miliarda osób jest nosicielami tej zarazy. Ta cicha epidemia zajmuje w świadomości zamożnych społeczności krajów rozwiniętych dalekie miejsce, ponieważ dotyka głównie ludzi mieszkających w tropikalnych, zacofanych regionach świata. Spośród blisko 2500 gatunków komarów jedynie 60, żyjących – jak główny winowajca Anopheles gambiae – w ciepłym klimacie, roznosi malarię.

Polityka 45.2001 (2323) z dnia 10.11.2001; Społeczeństwo; s. 72
Reklama