Archiwum Polityki

Na lwy by

Z Europy leci się do Dar es Salaam, stolicy Tanzanii, 10 godzin. Z Dar do Ruahy jedzie dwa dni. Po drodze czas się cofa, jakby zwijał się film. Na końcu czeka rajski ogród.

Afryka to skrajne doświadczenie nawet dla umiarkowanego alterglobalisty. Czy to moralne płacić za dobę w parku ze zwierzętami tyle, za ile wielu miejscowych mogłoby się utrzymać przez trzy miesiące? I kto tu jest okazem do oglądania? Czy nie przypadkiem ty – mzungu – biały w swojej klatce z napędem na cztery koła? Nieustannie obserwowany przez wszystkich naokoło, a szczególnie przez tych, którzy mają coś do sprzedania: orzeszki, mapę, napoje, elektryczną packę na muchy, koc, białą koszulę z Chin, kolbę kukurydzy. Wiadomo, każdy mzungu ma pieniądze, inaczej by go tu nie było.

W żargonie agencji podróży nazywa się to turystyka fotograficzna, co dodatkowo opisuje absurdalność sytuacji. Dla kilku fotek tłuc się godzinami w trzęsącym Land-roverze, w kraju, który właśnie ogłosił światu, że 3,5 mln ludzi pilnie potrzebuje dożywiania po trwającej trzy lata wyniszczającej suszy. To jeszcze nie jest alert: uwaga – głód! Taki jak w Somalii lub Sudanie, pokazywany w telewizji, temat zdjęć wygrywających w World Press Photo. To żółte migające światło, że mocno naruszona została równowaga. Nie są w stanie utrzymać się sami, nie odłożą ziarna na siew, nie odbudują zapasów, a gdy przyjdzie choroba, do suszy dojdzie jeszcze jedno nieszczęście, mogą się posypać tysiącami. To wyścig z czasem. Aby zasypać tę dziurę, przyjść z pomocą, trzeba się wyrobić najpóźniej w trzy miesiące. Inaczej zapali się światło czerwone.

Z tym fotografowaniem jest tak, że ludzie opędzają się i domagają pieniędzy. Tylko zwierzęta są opłacone z góry. Skoro mzungu robi zdjęcia, to musi być dla niego towar. Więc niech płaci. Nawet młody chłopak, który przeprawiał rower środkiem rwącej rzeki, wrócił później na drugą stronę, aby się upomnieć o zapłatę.

Polityka 16.2006 (2551) z dnia 22.04.2006; Na własne oczy; s. 116
Reklama