Archiwum Polityki

Do tanga trzeba trojga

W całej Argentynie zapanowała radość i zgoda, jakby piłkarska reprezentacja kraju zdobyła złoty medal. Telewizja pokazała, jak prezydent de la Rua podpisuje dymisję, zaraz potem wsiada do śmigłowca, przebija się przez gęste chmury gazu łzawiącego i dymu z palonych opon i bierze kurs na Urugwaj. Mało kto w tej podniosłej chwili pamięta, że 25 lat temu tym samym szlakiem salwowała się ucieczką prezydent Isabel Peron, wcześniej ubóstwiana przez naród. 13 lat temu uciekał, tym razem lądem, prezydent Raul Alfonsin. De la Rua też był witany z aplauzem, a żegnany z ulgą. W ciągu ostatnich 70 lat wprowadzano stan wyjątkowy osiem razy. To takie polityczne argentyńskie tango.

Argentyna jest pierwszym dużym krajem, który swoją walutę związał sztywno z dolarem. Bankomat pyta klienta, w jakiej walucie chce wypłatę: w peso czy w dolarach? Tak było jeszcze trzy lata temu, ale peso doznawało coraz większej zadyszki usiłując nadążyć za silnym dolarem. Największy partner handlowy Argentyny, Brazylia, puścił swojego reala na łaskę rynku: był coraz mniej wart. To samo zrobiła Unia Europejska ze swoim euro. W rezultacie wszystko, co wyprodukowano w Argentynie, było drogie na rynkach partnerów, a wszystko, co zrobiono u nich, było tanie dla Argentyńczyków.

Polityka 1.2002 (2331) z dnia 05.01.2002; Świat; s. 42