Dziesięć lat temu, jak każdy, kto chce mieć coś do powiedzenia w świecie finansów, wybrałem się do Polski zapoznać się z odważnym planem transformacji. Nie wiedziałem, że człowiek, który zagadnął mnie w warszawskiej restauracji: „Jest pan podobny do Paula Volckera” i któremu odpowiedziałem: „Bo jestem Paul Volcker”, będzie teraz prosił mnie o tę wypowiedź. Nie wiedziałem także rzeczy o wiele ważniejszej – jak trudno pogodzić stabilizację, konieczną ze względów ekonomicznych, z polityczną niestabilnością, bo przecież dokonywała się rewolucja! I bez niej nie byłoby zmian, które u was zaszły.
Na niedawnej konferencji w Warszawie, zorganizowanej przez NBP, mówiłem o konieczności stabilizacji: nie tylko cen, czyli niskiej inflacji, ale także instytucji, w tym banku centralnego. Nie zaprzątam sobie głowy dociekaniem, czy to teza naukowa, czy po prostu polityka; doświadczenie mnie uczy, że jedno bez drugiego nie istnieje. Nie mam więc nic przeciw temu, jeśli warszawska konferencja posłuży dla wzmocnienia politycznego realistów i zwolenników integracji. Euro to dobra rzecz, ale pod warunkiem, że niezależny bank stoi na straży dotrzymania standardów, których Unia wymaga. O ile wiem, nieźle sobie z tym radzicie, inflacja jest pod kontrolą – chociaż wielu Polaków narzeka na bezrobocie. Ale niech im się nie wydaje, że za sztucznie rozmnożone pieniądze można kupić wzrost gospodarczy.
Gospodarka amerykańska, po której tak wiele krajów spodziewa się ożywienia, ma się istotnie nieźle: zapasy spadają, konsumpcja rośnie, zaczyna się budować coraz więcej nowych domów. Ale czy ten wzrost będzie trwały? Nie wiem i nie mam recepty, którą bym mógł polecić, co należy zrobić, żeby wzrost umocnić. Nie sądzę, żeby należało zmienić układ sił pomiędzy prezydentem, Kongresem i szefem banku centralnego, którą to funkcję pełniłem przez 8 lat; jeżeli dominowałem na scenie politycznej, to dlatego, że mam 2 metry wzrostu.